Waszyngton – stoicyzm ukryty na kartach amerykańskiej historii

Jest sobotni, po dwakroć zimny, poranek w Waszyngtonie. Po pierwsze temperatura ledwie przekracza dwa stopnie Celsjusza. Po drugie od wczoraj na ekranach kin można podziwiać Cold War Pawła Pawlikowskiego.

Amerykanie z pewnością skomentują dzisiejszą aurę (jak i otwierającą scenę Zimnej wojny): it’s chilly.  Stoję na schodach masywnego mauzoleum Abrahama Lincolna. W środku znajduje się 15-metrowy posąg szesnastego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Lincoln, niczym olbrzym z filmu fantasy, wyrzeźbiony ze śnieżnobiałego marmuru spogląda w skupieniu przed siebie. 

Mauzoleum Abrahama Lincolna
Pomnik Abrahama Lincolna Fot. Michał Wiśniewski

Mój wzrok kieruje w tę samą stronę, gdzie rozciąga się panorama National Mall, miejsca świetnie znanego z amerykańskich filmów historycznych. Przede mną znajduje się sadzawka o idealnie gładkiej tafli, nad nią pomnik żołnierzy poległych w II wojnie światowej, a tuż za nią ogromny 169-metrowy obelisk George’a Washingtona. Cała okolica, która rozciąga się przez 1,5 kilometra aż do podnóży Kapitolu, żywo przypomina o burzliwej historii Stanów Zjednoczonych, w szczególności o wojnach, w które Ameryka była zaangażowana na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci. Ruszam szerokim łukiem wokół sztucznego zbiornika Tidal Basin, aby dotrzeć do zlokalizowanego po drugiej jego stronie mauzoleum Thomasa Jeffersona. Tidal Basin słynie z setek okalających go wiśni japońskich. To miejsce obecnie opustoszałe, za kilka tygodni zapełni się turystami z całych Stanów, spacerującymi wśród rewii różowo-białych kwiatów, które kwitną tylko przez kilka dni w roku. Nie opuszcza mnie uczucie, że mimo, iż jestem tutaj pierwszy raz, świetnie znam ten park. To potęga amerykańskiej kinematografii. To ona zaszczepiła we mnie obraz tego miejsca i podsyła mojej podświadomości wspomnienia scen z wielu filmów, których bohaterowie spacerowali właśnie tutaj.    

Pomnik George’a Masona
Pomnik George’a Masona Fot. Michał Wiśniewski

Ciekawe odkrycie przynosi miejsce wysunięte najbardziej na północny wschód. Łatwo je przeoczyć, spiesząc się do pomnika Thomasa Jeffersona. To schowany na uboczu pomnik George’a Masona, zapomnianego bohatera Deklaracji niepodległości Stanów Zjednoczonych. Był on amerykańskim plantatorem, politykiem, delegatem do Zgromadzenia Konstytucyjnego z 1787 roku i jednym z trzech mężów stanu, który odmówił podpisania Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Zainspirowany filozofią Cycerona i stoikami z okresu rzymskiego, stworzył w 1776 roku The Virginia Declaration of Rights, oficjalnie pierwszy dokument chroniący prawa obywatelskie w Stanach Zjednoczonych. Dokument stał się inspiracją dla spisanej kilka tygodni później Deklaracji niepodległości. I kiedy w trakcie Zgromadzenia Konstytucyjnego w 1787 roku jego idee zostały odrzucone, on sam wystąpił przeciwko przyjęciu Konstytucji Stanów Zjednoczonych, co ostatecznie zepchnęło go w niepamięć historii. Pomnik przedstawia Masona siedzącego na ławce, zamyślonego nad czymś, co przed chwilą przeczytał w książce, którą trzyma na kolanach. Na grzbiecie książki odnajduję nazwisko… Cycerona, rzymskiego stoicyzującego filozofa, adwokata i jednego z największych mówców wszech czasów. Na pomniku Masona znajduje się jeden ze słynnych cytatów, których nie powstydziłby się Muzoniusz Rufus czy właśnie Cyceron:

„All men are born equally free and independent. And have certain inherent natural rights…among which are enjoyment of life and liberty, with the means of acquiring and possessing property, and pursuing and obtaining happiness and safety.”

The Virginia Declaration of Rights, czerwiec 1776.

„Wszyscy ludzie rodzą się jednakowoż wolni i niezależni. I posiadają wcielone naturalne prawa… pośród których są radość życia oraz wolność, dążenie do zdobywania własności, a także poszukiwania oraz posiadania szczęścia i bezpieczeństwa.”  

                                                                                                                                     Tłumaczenie własne     

To wszystko ma swe symboliczne znaczenie. Jak wspomina Martha Nussbaum w wywiadzie udzielonym Julianowi Evansowi (do przeczytania w specjalnym numerze “Znaku”), filozofia hellenistyczna mniej więcej od początku XVII w. do końca wieku XIX stanowiła centralny punkt w edukacji każdego wykształconego człowieka w Europie i Ameryce Północnej. W dużej mierze koncentrowano się na rzymskich twórcach. Lukrecjusz, Seneka, Marek Aureliusz, a przede wszystkim Cyceron – to byli autorzy, którzy ukształtowali sposób myślenia o sprawach publicznych nie tylko w Europie, ale także w Imperium Brytyjskim i w USA. A więc stoicyzm miał wielki wpływ na poglądy amerykańskich ojców założycieli, a także następnych generacji polityków. W posłowiu do The Obstacle is the Way, autor Ryan Holiday podaje fascynującą listę pisarzy, polityków i filozofów, którzy inspirowali się lub bezpośrednio odnosili się do autorów stoickich z przeszłości. Tak oto Thomas Jefferson w ostatnich chwilach swojego życia szukał wsparcie w pracach Seneki, a George Washington poświęcił jedną ze sztuk Katonowi Młodszemu. Z kolei Theodore Roosevelt nawet w podróży do serca amazońskiej dżungli nie rozstawał się z dziełami Epikteta i Marka Aureliusza. Również były prezydent USA Bill Clinton deklaruje, że wraca do Rozmyślań praktycznie co rok.

Obelisk upamiętniający George’a Washingtona
Obelisk upamiętniający George’a Washingtona Fot. Michał Wiśniewski

Obchodzę dookoła 169-metrowy obelisk upamiętniający George’a Washingtona. Pomnik otoczony jest boiskami, na których młodzież trenuje futbol amerykański, wydając przy tym mnóstwo radosnych krzyków typu: hatt hatt hatt. Skręcam na zachód i kieruje się w stronę Białego Domu. Nie podejrzewam, aby obecny prezydent był fanem czytania, a książek filozoficznych już w szczególności, ale zastanawiam się, jakby wyglądała obecna polityka, gdyby edukacja wciąż opierała się na hellenistycznych pryncypiach. Czy politykom łatwiej byłoby znaleźć przestrzeń do dialogu i porozumienia? Mimowolnie przychodzi mi na myśl kolejna filmowa scena. W Lincolnie Stevena Spielberga Daniel Day-Lewis, który po mistrzowsku wciela się w rolę amerykańskiego prezydenta, siedzi w gabinecie owalnym i oczekuje na wieści z The Hill (Kapitolu). W Izbie Reprezentantów trwa burzliwe głosowanie nad 13. poprawką do Konstytucji, która znosi niewolnictwo na terenie Stanów Zjednoczonych. Lincoln, w tej kluczowej scenie, zachowuje absolutny stoicki spokój. Jest wyraźnie świadom, że przeżywa moment, który ma szansę przejść do historii jego kraju, ale przede wszystkim pozwoli zakończyć toczącą się od czterech lat wojnę secesyjną. Zamiast chodzić od ściany do ściany lub słać swych gońców na Kapitol, aby relacjonowali mu przebieg głosowania, w spokoju oczekuje na to, co się wydarzy, wszak wie, że nie ma już nic więcej do zrobienia, teraz, w tym momencie, jest już od niego zupełnie niezależne, jak potoczy się głosowanie. Zaprasza nawet do zabawy swojego ukochanego wnuka. W pewnym momencie dźwięk dzwonów ogłasza, że kongresmeni przyjęli ustawę. Lincoln podchodzi do okna, z uśmiechem wyglądając na zewnątrz, wie już, że zwyciężył. Dokonał historycznego czynu, wypełnił testament ojców założycieli, w tym George’a Masona, który 100 lat wcześniej zamarzył, aby wszyscy ludzie na tej ziemi rodzili się jednakowo równi i niepodlegli.

Przez chwilę wpatruję się jeszcze w okna Białego Domu, w których kiedyś zapewne stał Abraham Lincoln. Zaciskam mocniej szalik na szyi, chłód nie ustępuje, mimo że słońce stoi już w zenicie. Czas wracać do Europy. Już chyba wiem, jaki film wybiorę w drodze powrotnej na pokładzie samolotu. Na pewno nie będzie to House of Cards.

 

Komentarze

Autor:

Michał Wiśniewski
Michał Wiśniewski