Pisałem tu już o różnych korzyściach, jakie możemy czerpać z faktu pandemii koronawirusa. Obserwuję reakcje ludzi na to, co się dzieje, i jakkolwiek faza całego procesu wciąż wydaje się jeszcze raczej wczesna, wiele wciąż jeszcze przed nami, dużo niewiadomych, to chyba już teraz można powiedzieć, że jedną z najważniejszych lekcji, jaką z zaistniałej sytuacji możemy wynieść, jest urealnienie.

Sądzę, że na co dzień, zatopieni we własnych sprawach, bieżących celach i emocjach, nie w pełni zauważamy rzeczywistość, lekceważymy ją sobie, zakładając i oczekując, że się ona nagnie do naszych potrzeb i oczekiwań. Pandemia pozwala nam się z tym naszym roszczeniem skonfrontować i nieco nas samych urealnić.

Czytaj także: Koronawirus jako metafora życia – spostrzeżenia stoickie >>>

Ciekawym przejawem takiego urealnienia jest pewna cecha publicznej narracji. Politycy, marketingowcy i serwisy informacyjne zwykły komunikować się z nami za pomocą samych wykrzykników. Nieustannie operują mocnymi i najmocniejszymi emocjonalnie określeniami w stosunkowo błahych przypadkach. Z jednej strony skandal, dramat, terror, rozpacz, oburzenie, z drugiej zachwyt, ekstaza, euforia, sukces. Po prostu wszędzie same szczyty. Tymczasem, kiedy zdarza się coś takiego jak pandemia, kiedy umiera tyle osób i całe nasze życie znajduje się w stanie osobliwego paraliżu, okazuje się, że nam naraz braknie słów, którymi to byśmy mogli adekwatnie opisać i zrozumieć, bo wszystkie mocne słowa dawno już nam „wyszły”. Odnoszę więc wrażenie, że ci wszyscy najgłośniejsi stali się ostatnio jacyś cichsi, jakby oszołomieni tym, co się dzieje, niepotrafiący rozmiarów tego adekwatnie opisać. To jest urealnienie – na co dzień tak bardzo wszystko wyolbrzymiamy, tak bardzo ekscytujemy się najmniejszym drobiazgiem naszego życie, że kiedy zdarza się coś naprawdę olbrzymiego, nie umiemy już o tym opowiedzieć, ani tego naprawdę doświadczyć.

To samo dotyczy naszych oczekiwań, wyobrażeń, aspiracji oraz potrzeb. Od dawna już żyjemy w kulturze eskalacji ludzkich potrzeb i oczekiwań. O ile świat zewnętrzny się jakby kurczy i staje się nam coraz bardziej podległy, o tyle wewnętrzny świat człowieka się niejako rozrasta do niebotycznych rozmiarów i coraz bardziej uniezależnia. Chcemy tego i tamtego, określonego spełnienia, osiągnięcia tych i tamtych celów, bo bez tego po prostu nie będziemy szczęśliwi albo wręcz będziemy całkiem do niczego – w efekcie świat i całe otoczenie traktujemy jak naszych podwładnych, niby pieski i kotki do spełniania naszych zachceń. Tymczasem oto rzeczywistość upomina się o należne jej miejsce w naszym życiu, to jest jako prawdziwy ogrom, ogrom groźny, nieprzewidywalny w swoich zachowaniach oraz, co najważniejsze, całkowicie obojętny względem ludzkich potrzeb, aspiracji, wyobrażeń i poczucia kontroli.

Czytaj także: Dwa uchwyty na pandemię koronawirusa >>>

Tak rozumiane urealnienie ma bezcenną ze stoickiego punktu widzenia wartość, jest mianowicie lekcją pokory, przesłanką do nauki czerpania satysfakcji z tego, co od nas zależne i co w naszej mocy. Jedyne, czego się obawiam, to że pandemia dobiegnie końca, a my, ludzie cywilizowani, natychmiast zapomnimy o tej lekcji, niczym osoba, która wyszła z długotrwałej choroby i zrazu cieszy się każdym oddechem bez bólu, każdym swobodym krokiem, każdym prostym posiłkiem – ale zaraz budzą się stare demony, pragnienia, oczekiwania, aspiracji i juz o wszystkim zapomina, zapomina, że oddycha, że jest, biegnie z górki bez końca.

Komentarzom do obecnej sytuacji związanej z pandemią koronawirusa, w tym stoickim radom, jak sobie w niej radzić, poświęcam także najbliższe odcinki mojego podcastu „Ze stoickim spokojem”.