Wakacyjne pozdrowienia z Przeciętnostanu

A pani już po urlopie czy przed?– pytanie z wilgotnym pacnięciem przykleja się do lepkiej od upału skóry.

Wakacje się zaczęły na dobre – pomyślałam.

„Czy wyjeżdża pani w tym roku na urlop?” lub w wersji zimowej: „Czy była pani już na nartach?”  to sezonowe, sympatyczne zagajenia, cyklicznie katapultujące mnie na metaorbitę stoickich rozważań. Czy wakacje nie są bowiem w rzeczy samej Wielkim Wyzwaniem Intelektualnym? Szczególnie, kiedy ktoś, jak ja, nie lubi być „W” urlopie. Celowo piszę „W” a nie „NA”, ponieważ zakładam, że „urlop” jest określonym stanem umysłu lub może bardziej procesem układającym się w niewyraźne, ale powtarzalne fazy. Realizując proces „urlop”, najpierw jestem „W” ustalaniu, gdzie pojedziemy, następnie „W” gorączkowym domykaniu spraw pracowych, kolejno „W” ustalaniu, co należy zrobić przed wyjazdem i załatwianiu tego, krok dalej „W” podróży, a finalnie „W” innym miejscu, zwanym popularnie wakacyjną destynacją. Mój wewnętrzny, ironiczny obserwator świata twierdzi, że oczekiwanie odpoczynku w zamęcie, w nowo poznawanej przestrzeni jest… ćwierć szaleństwem. Czy rdzeniem inności miejsca, do którego się udajemy, nie jest właśnie przypadkowość? Czy można przełączyć się w tryb relaksu, wdeptując co chwilę na chaotyczną minę? Chyba że celowo wybieramy się po przygodę, nie oczekując odprężenia, tylko nowych emocji i zwichnięcia utartych perspektyw. To tak, przy tego typu motywacji wybuchy niespodziewanego są co najmniej na miejscu. Możemy wtedy niczym filmowy Indiana Jones uśmiechać się zawadiacko, kiedy zepsuje się nam na trasie samochód, brać chwacko „na klatę” zapomniane dokumenty, leki, szczoteczki do zębów i ręczniki, a nawet przeskakiwać pomiędzy peronami, żeby w ostatniej sekundzie zdążyć na odjeżdżający pociąg.

W obliczu powyższych rozważań postanowiłam w tym sezonie urlopowym podarować sobie gram luksusu i…

… nie wyjeżdżać na wakacje do innego miejsca. Podjęłam odważną decyzję o skorzystaniu z rekomendacji Marka Aureliusza, który w sprawach podróżowania jest dla mnie prawdziwym autorytetem. On to, jako cesarz rzymski, właściciel większości topowych turystycznych destynacji ówczesnego świata i człowiek, który w służbowych podróżach na przygraniczne rubieże spędził kilkanaście lat, szczerze radził przemieszczanie się w kierunku DO WEWNĄTRZ, do duchowego Przeciętnostanu. Tam właśnie zdecydowałam się udać i po relaks, i po przygodę.

Pojęcie Przeciętnostanu stworzył Nassim Nicholas Taleb w książce „Czarny Łabędź. O skutkach nieprzewidywalnych zdarzeń”. Oznacza ono rzeczywistość zrozumiałą, powtarzalną, zmieniającą się przewidywalnie. Pożyczyłam Przeciętnostan, bo pomyślałam, że to piękna i trafna nazwa dla Epiktetowego wewnętrznego świata – tego, co zależne. Zgodnie z podziałem Epikteta na rzeczy zależne i niezależne, całkowity wpływ mamy jedynie na własne pragnienia, pobudki i osądy. Przeciętnostan doskonale odnajdzie się wiec na szyldzie intymnego, stoickiego eldorado.

Jestem więc „W” urlopie…

… i pozdrawiam serdecznie z krainy o klimacie umiarkowanym (temperatura ok. 25 stopni Celsjusza, słońce i lekki wiatr), z wewnętrznego apartamentu z widokiem na spokojny ocean możliwości.

O życiu w zgodzie z Naturą w Joburg

Pierwsze słowo, które słyszę po wylądowaniu w Johannesburgu to: Howzit’, Howzit?! How izt!? –to słowo jest wszędzie. To uproszczone wersja How is it? Czyli po polsku: jak leci? Afrykańczycy częstują mnie nim na każdym kroku. Są uśmiechnięci, otwarci, zadowoleni, trochę jak Amerykanie. Nam Europejczykom wydają się jak nakręceni, z tą swoją uprzejmością i dopytywaniem, co tam u nas słychać. Na początku ciężko się do tego dopasować, ale po kilku dniach wpada się w ten nawyk i zaczyna się to akceptować, a nawet samemu stosować. Ciekawe doświadczenie. Jestem tutaj od kilku dni, ale już widzę, że to wyjątkowy kraj. To jeden z „tych” krajów, w którym czujesz, że wszystko ci odpowiada, a myśl o tym, że moglibyśmy tu trochę pomieszkać, wydaje się bardzo kusząca.

Continue reading “O życiu w zgodzie z Naturą w Joburg”

Świat się zmienia w Moskwie

„Bo świat się zmienia, a świat się zmienia.

Czy tego chcesz, czy nie – świat zmieni się (…)”

 Fisz Emade Tworzywo – „Wróć”

 

Jak głosi stare wagabundzkie przysłowie, ludzie dzielą się na tych, którzy w trakcie podróży czytają prawidłowo, czyli zabierają ze sobą książki o kraju, do którego prowadzi ich destynacja, oraz heretyków, którzy na pokład 18-godzinnego lotu do Japonii biorą ze sobą Cortázara albo Llosę. Coś w tym jest, ja chyba zaliczam się do tej pierwszej grupy, bo w trakcie lotu do Moskwy nadrabiam zaległości i oglądam „Lewiatana” Andrieja Zwiagincewa.  

Ląduje w Moskwie na lotnisku Szeremietowo w dzień po piątej rocznicy katastrofy smoleńskiej. Na miejscu obchodzona jest właśnie Wielkanoc. Byłem tutaj ostatnio 4 lata temu.  Nie ukrywam, że towarzyszy mi uczucie wyczekiwana i niepokoju. Tyle negatywnych informacji od czasu rozpoczęcia konfliktu na Ukrainie.  Pierwsze zaskoczenie: miasto wygląda bardzo czysto i schludnie. Ludzie jacyś jakby inni, uśmiechnięci i wyluzowani, spacerują ulicami i ustawiają się w długie kolejki do stoisk sprzedających lody. Zostawiam bagaż w hotelu i ruszam na miasto. Pierwsze pozytywne wrażanie burzy spacer po moście prowadzącym na Plac Czerwony, obecnie przemianowanym na most „Niemcowa”. To tutaj kilka tygodni przed moim przylotem w niewyjaśnionych okolicznościach został zastrzelony jeden z przywódców antyrządowej opozycji. Na odcinku kilkunastu metrów leży dywan ułożony z kwiatów, palą się znicze, stoją portrety Niemcowa. Natomiast włączenie rosyjskiej telewizji informacyjnej Rossija24 rozwiewa wszelkie wątpliwości: bardzo osobliwe relacje z Donbasu, przypomnienie rocznicy „powrotu Krymu do macierzy”, wyostrzona propaganda antyunijna i antypolska. Ale największe rozczarowanie przynosi nieuchronna konfrontacja z samymi moskwianami. Wysłuchuję insynuacji, przesyconych głębokim żalem, odnośnie obecnej sytuacji geopolitycznej, narzekań na politykę prowadzoną przez mój kraj, opisów amerykańskich spisków przeciwko rosyjskiemu Bogu ducha winnemu narodowi…

Świat się zmienia. Pamiętam moją poprzednią delegację do Moskwy. Najmocniej zapadła mi w pamięć gościnność moich rosyjskich gospodarzy, dużo pozytywnych emocji i deklaracji o braterstwie naszych narodów, poszukiwania wspólnych punktów odniesienia w kulturze i sztuce. To już chyba dawno za nami. Muszę to zaakceptować. W trakcie wieczornej medytacji natrafiam na ten fragment z Marka Aureliusza:  

Wszystko się zmienia. I ty się ciągle zmieniasz i w czymś się psujesz, i cały świat.

Marek Aureliusz 9.19. Przeł. Marian Raiter

Cóż to może oznaczać? Jednym z kluczowych zagadnień antycznego oraz wczesnochrześcijańskiego świata była metanoja, czyli przemiana. Pojęcie to miało wiele znaczeń, jego sens nawet wśród stoików był niejednoznaczny, miał często charakter nacechowany negatywnie. Na przykład Epiktet, który często napominał swych uczniów o istotności czystości ich rozumowania, mógł stwierdzić, że nie należy mieć mylnych sądów, aby nie musieć później żałować takiego sposobu myślenia (a więc nie musieć metanoein – co znaczy „żałować”). Marek Aureliusz natomiast w tym samy stylu radzi nam:

Cokolwiek robisz, zadaj sobie pytanie: w jakim stosunku pozostaje to do mnie? Czy nie będę tego żałował? Wnet umrę, a wszystko mi będzie obojętne. Czegóż więcej pragnę, jeżeli to, co robię, jest zgodne z obowiązkiem istoty rozumnej i uspołecznionej, i z bóstwem mającej prawa równe?

Marek Aureliusz 8.2. Przeł. Marian Raiter

A więc istnieją pewne rzeczy, których należy unikać, pewne przyjemności, które lepiej odstawić na bok. Dlaczego? Według Marka Aureliusza ceną jest bowiem poczucie żalu. Sam żal jest więc czymś, czego należy unikać i nie warto robić czegoś, czego później będziemy żałować.

Zabieram ze sobą tę myśl do biura. Towarzyszy mi ona przez cały tydzień spędzony w Moskwie. A więc bez żalu rozmawiam z osobami w firmie, podskórnie czując, że są do mnie negatywnie nastawieni. Bez żalu spaceruję po Moście Patriarszym, obserwując młodą parę robiącą sesję zdjęciową na tle pięknego Soboru Chrystusa Zbawiciela. I nawet staram się nie myśleć, że nie prędko być może uda mi się wrócić do Moskwy, więc na wszelki wypadek gorąco żegnam się Behemotem, ogromnym pomnikowym kocurem, pilnującym wejścia do Muzeum Bułhakowa. Kto wie, kiedy znów się spotkamy przyjacielu. 

W trakcie lotu powrotnego kończę oglądać „Lewiatana”. Główny bohater – Kola, walczy z lokalną wierchuszką o prawo do własnej ziemi, ale także o zachowanie własnej podmiotowości, a wręcz człowieczeństwa. Walka z góry skazana jest na niepowodzenie i nie pomaga sprowadzenie do miasta dawnego przyjaciela – wziętego adwokata z Moskwy. I mimo że film ma niezwykle skompilowaną narrację, reżyser podsuwa nam liczne fałszywe tropy, karmi odniesieniami biblijnymi, w tym tytułowym lewiatanem, ja myślę o cenie, jaką Kola płaci za swoją walkę i o tym, co czuje, kiedy już jest po wszystkim. Gorycz porażki? Zgorzknienie i żal? Czy warto jest walczyć, nawet wtedy, kiedy walka jest ustawiona, a my o tym wiemy? A może, jakby powiedział antyczny stoik, warto zostać przez kogoś przekonanym, wówczas dokona się metanoei  (zmieni się poglądy) i będzie można bez żalu ustąpić? Samolot podchodzi do lądowania, a ja nie znajduję w sobie rozstrzygnięcia. Jeszcze nie teraz.

Cztery filary

Kiedy rozglądam się po pismach stoickich, dochodzę do wniosku, że tak jak epikurejczycy mają trzy główne tak zwane lekarstwa duchowe, podobnie stoicyzm opiera się na czterech podstawowych duchowych regułach, które praktykujący stoik stale sobie powtarza, stale do nich wraca, stale się w nich wprawia.

  1. Po pierwsze trzeba zaakceptować śmierć, pogodzić się z nią.
  2. Po drugie należy wyrzec się wszelkich pragnień, wszelkich oczekiwań.
  3. Po trzecie należy stale dążyć do czegoś, co uznaliśmy za ważne (hierarchia wartości).
  4. Po czwarte należy ćwiczyć dyscyplinę przyzwolenia, albo, jak określał to Marek Aureliusz, utrzymywać swojego demona w czystości.

Wydaje mi się, że te cztery reguły stanowią wyczerpujący fundament czy filary, wszelkiej praktyki stoickiej. Wszystkie inne techniki, przemyślenia i teorie następnie z tego wynikają.
Ale uwaga: dla stoika naprawdę ćwiczącego, te cztery rzeczy są naprawdę na serio, bez żadnych zabezpieczeń czy wątpliwości.

Trzeba więc naprawdę dążyć do całkowitego zaakceptowania śmierci jako nieodłącznego elementu życia własnego i innych. Stoik dąży do tego, by w obliczu śmierci własnej i bliskich mu osób zachować całkowitą pogodę ducha, bez udawania, bez taryfy ulgowej, bez kropli łzy, bez cienia żalu.

Trzeba naprawdę odrzucić wszelkie pragnienia, naprawdę niczego nie oczekiwać, nie spodziewać się, że coś mi się należy, że coś powinno mnie spotkać za moje trudy i wyrzeczenia. Jeśli raz zacznę tego pragnąć, już jestem zgubiony. Stoik nie chce pragnąć.

Trzeba zupełnie serio postawić sobie pytanie, co jest ważne i na tym budować swoją uczuciowość, przywiązanie, oddanie, a następnie niezłomnie dążyć, niczym się nie zrażając, nie dając się przestraszyć, stojąc na posterunku wybranej wartości, niczym żołnierz, spełniając się w tym wysiłku.

I trzeba wreszcie mieć zawsze czysty osąd sytuacji, umieć oddzielić to, co mi się przydarza, od tego, jak to oceniam, a przyzwalać zawsze wyłącznie na to, co na moje przyzwolenie (ze względu na moją hierarchię wartości) zasługuje. A tam, gdzie nie ma pewności, sąd trzeba zawiesić.

I to wszystko. Wszystko inne, jak powiedziałem, da się wywieść z tych czterech reguł.

Egalitarny Istambuł

Cenię sobie słowo „Istambuł”, bo w przeciwieństwie do polskiego słowa „Stambuł” nacechowane jest jakimś wschodnim pierwiastkiem. Przedrostek „Ist”, który powstaje, kiedy wybierzemy słowo Istambuł kojarzy się z angielskim słowem „East”, czyli wschodem i za każdym razem, kiedy je wymawiam, lub słyszę, pojawia się w mojej głowie pewne skojarzenie. Dlaczego o tym piszę? Nie jest moim celem leczenie mych wschodnio-europejskich kompleksów, bo wszakże często słyszę, że pochodzę z „Eastern Europe”. Otóż chciałbym pokazać, jak nasze skojarzenia czasem konfrontują się z zastaną rzeczywistością i jakie ciekawe wnioski możemy wyciągnąć z tej konfrontacji. Podróże, nawet te służbowe, mogą być cennym źródłem rozważań naszej pozycji w świecie, naszej zależności od kultury, w której dorastaliśmy i przede wszystkim zrozumienia koncepcji wielości, która cechuje dzisiejszy świat.

Starożytne Bizancjum, cesarski Konstantynopol, sułtański Istambuł i w końcu republikańska metropolia. Spacerując po wąskich uliczkach Karaköy, obserwuję ogromne tankowce wpływające do cieśniny Bosfor. Widać tu na każdym kroku, jak wielka historia łączy się z nowoczesnością, jak religia skupiona wokół meczetów przenika się z codziennym laickim życiem dziejącym się w portowych restauracjach i wielkich centrach handlowych. Istambuł był w przeszłości stolicą czterech imperiów: Syryjskiego, Wschodniorzymskiego, Łacińskiego i Otomańskiego. Miasto po kolei było podbijane przez różnych władców, którzy starali się, jak tylko mogli, aby je zdominować i na stałe zapisać w umysłach swoich poddanych swoje boskie lub świeckie prawo do zasiadania na tronie. Ta wielokulturowość i wieloreligijność uderza na każdym kroku. Chyba najlepszym przykładem jest centralny zabytek i symbol miasta – Hagia Sofia. Kiedyś wybudowana jako świątynia, wraz z nadejściem władzy Konstanta zamieniona został w kościół. Po podboju Konstantynopola przez wojska sułtana zmieniona na meczet, aby w końcu po reformach Ataturka zostać udostępniona mieszkańcom oraz turystom w formie muzeum.

Wielonarodowość, wielokulturowość, multireligijność. Bezliczne przenikanie się idei, filozofii, tradycji duchowych. Wiele z nich skupionych wokół centralnego pytania człowieka: jak odnaleźć szczęście? Uważam, że podobnie mógł czuć się Marek Aureliusz, formułując swoją myśl w następujący sposób:

Jako cesarz jestem pierwszy w Rzymie, jako człowiek jestem równy wszystkim ludziom na świecie.

Nasza równość w świecie w stosunku do innych ludzi nie płynie tylko i wyłącznie z boskich czy ludzkich spraw, w których deklarujemy przymierze z innymi osobnikami naszej rasy. Płynie ona też z konieczności, w którą popycha nas wolność innych do samostanowienia i tworzenia własnych filozofii życiowych i ścieżek, którymi starają się podążać. Pomijając na chwilę nieuniknione konflikty, w które ludzkość popada, korzystając z tej wolności, ta niedoskonała zasada pluralizmu i egalitaryzmu filozoficznego (ale także moralnego czy religijnego) wydaje się niezwykle ważna do tego, aby zrozumieć sposób, w jaki definiujemy się my – współcześni stoicy. Jesteśmy, jak trafnie to ujął Tomasz Mazur, aksjologicznymi egalitarystami, tzn., że nie przedkładamy innych wartości i tradycji duchowych ponad nasze, jesteśmy otwarci na dialog, dyskusje i konstruktywną krytykę ze wszystkich stron.

stoicTa lekcja pokory, która płynie z takiej postawy, procentuje także w życiu zawodowym. Stanowiska, tytuły, trzy- czy czteroliterowe przedrostki przed imieniem (CFO, CEO, CIO) mogą sprawiać, że czujemy się wyjątkowi, szczególni, wybrani do pełnienia niezwykle ważnej funkcji. To często pułapka, droga donikąd i pożywka dla naszego ego. Przede wszystkim jestem człowiekiem, równym wszystkim innym, później opowiem ci o moich stanowiskach i pełnionych funkcjach. Warto o tym pamiętać. Nic nie działa na moje ego bardziej trzeźwiąco niż Istambuł. Myślę o tym, kiedy wsiadam na prom i wracam do hotelu. Kiedy łódź rusza, na twarzy czuję powiew rześkiego powietrza. Czy tak właśnie czuć wiatr historii płynący z tego wielkiego miasta? Nie, to chyba tylko zabłąkana bryza gdzieś z ujścia Morza Czarnego…

Blog pisany później – Dziennik Podróży

 

Ogromne porty lotnicze zmieniające się w małe lotniska, to uczucie, kiedy nocą oglądam miasto po raz pierwszy z wnętrza taksówki, obrotowe drzwi otwierające się wprost na stanowiska uśmiechniętych recepcjonistek. Cicho sunące windy, zepsute czytniki kart magnetycznych, pokoje przypominające malutkie mieszkania z mikroskopijnymi barami i jednorazowymi kosmetykami, przyborami do czyszczenia butów, odzieży, a czasem i resztek świadomości…

Continue reading “Blog pisany później – Dziennik Podróży”