Świat się zmienia w Moskwie

„Bo świat się zmienia, a świat się zmienia.

Czy tego chcesz, czy nie – świat zmieni się (…)”

 Fisz Emade Tworzywo – „Wróć”

 

Jak głosi stare wagabundzkie przysłowie, ludzie dzielą się na tych, którzy w trakcie podróży czytają prawidłowo, czyli zabierają ze sobą książki o kraju, do którego prowadzi ich destynacja, oraz heretyków, którzy na pokład 18-godzinnego lotu do Japonii biorą ze sobą Cortázara albo Llosę. Coś w tym jest, ja chyba zaliczam się do tej pierwszej grupy, bo w trakcie lotu do Moskwy nadrabiam zaległości i oglądam „Lewiatana” Andrieja Zwiagincewa.  

Ląduje w Moskwie na lotnisku Szeremietowo w dzień po piątej rocznicy katastrofy smoleńskiej. Na miejscu obchodzona jest właśnie Wielkanoc. Byłem tutaj ostatnio 4 lata temu.  Nie ukrywam, że towarzyszy mi uczucie wyczekiwana i niepokoju. Tyle negatywnych informacji od czasu rozpoczęcia konfliktu na Ukrainie.  Pierwsze zaskoczenie: miasto wygląda bardzo czysto i schludnie. Ludzie jacyś jakby inni, uśmiechnięci i wyluzowani, spacerują ulicami i ustawiają się w długie kolejki do stoisk sprzedających lody. Zostawiam bagaż w hotelu i ruszam na miasto. Pierwsze pozytywne wrażanie burzy spacer po moście prowadzącym na Plac Czerwony, obecnie przemianowanym na most „Niemcowa”. To tutaj kilka tygodni przed moim przylotem w niewyjaśnionych okolicznościach został zastrzelony jeden z przywódców antyrządowej opozycji. Na odcinku kilkunastu metrów leży dywan ułożony z kwiatów, palą się znicze, stoją portrety Niemcowa. Natomiast włączenie rosyjskiej telewizji informacyjnej Rossija24 rozwiewa wszelkie wątpliwości: bardzo osobliwe relacje z Donbasu, przypomnienie rocznicy „powrotu Krymu do macierzy”, wyostrzona propaganda antyunijna i antypolska. Ale największe rozczarowanie przynosi nieuchronna konfrontacja z samymi moskwianami. Wysłuchuję insynuacji, przesyconych głębokim żalem, odnośnie obecnej sytuacji geopolitycznej, narzekań na politykę prowadzoną przez mój kraj, opisów amerykańskich spisków przeciwko rosyjskiemu Bogu ducha winnemu narodowi…

Świat się zmienia. Pamiętam moją poprzednią delegację do Moskwy. Najmocniej zapadła mi w pamięć gościnność moich rosyjskich gospodarzy, dużo pozytywnych emocji i deklaracji o braterstwie naszych narodów, poszukiwania wspólnych punktów odniesienia w kulturze i sztuce. To już chyba dawno za nami. Muszę to zaakceptować. W trakcie wieczornej medytacji natrafiam na ten fragment z Marka Aureliusza:  

Wszystko się zmienia. I ty się ciągle zmieniasz i w czymś się psujesz, i cały świat.

Marek Aureliusz 9.19. Przeł. Marian Raiter

Cóż to może oznaczać? Jednym z kluczowych zagadnień antycznego oraz wczesnochrześcijańskiego świata była metanoja, czyli przemiana. Pojęcie to miało wiele znaczeń, jego sens nawet wśród stoików był niejednoznaczny, miał często charakter nacechowany negatywnie. Na przykład Epiktet, który często napominał swych uczniów o istotności czystości ich rozumowania, mógł stwierdzić, że nie należy mieć mylnych sądów, aby nie musieć później żałować takiego sposobu myślenia (a więc nie musieć metanoein – co znaczy „żałować”). Marek Aureliusz natomiast w tym samy stylu radzi nam:

Cokolwiek robisz, zadaj sobie pytanie: w jakim stosunku pozostaje to do mnie? Czy nie będę tego żałował? Wnet umrę, a wszystko mi będzie obojętne. Czegóż więcej pragnę, jeżeli to, co robię, jest zgodne z obowiązkiem istoty rozumnej i uspołecznionej, i z bóstwem mającej prawa równe?

Marek Aureliusz 8.2. Przeł. Marian Raiter

A więc istnieją pewne rzeczy, których należy unikać, pewne przyjemności, które lepiej odstawić na bok. Dlaczego? Według Marka Aureliusza ceną jest bowiem poczucie żalu. Sam żal jest więc czymś, czego należy unikać i nie warto robić czegoś, czego później będziemy żałować.

Zabieram ze sobą tę myśl do biura. Towarzyszy mi ona przez cały tydzień spędzony w Moskwie. A więc bez żalu rozmawiam z osobami w firmie, podskórnie czując, że są do mnie negatywnie nastawieni. Bez żalu spaceruję po Moście Patriarszym, obserwując młodą parę robiącą sesję zdjęciową na tle pięknego Soboru Chrystusa Zbawiciela. I nawet staram się nie myśleć, że nie prędko być może uda mi się wrócić do Moskwy, więc na wszelki wypadek gorąco żegnam się Behemotem, ogromnym pomnikowym kocurem, pilnującym wejścia do Muzeum Bułhakowa. Kto wie, kiedy znów się spotkamy przyjacielu. 

W trakcie lotu powrotnego kończę oglądać „Lewiatana”. Główny bohater – Kola, walczy z lokalną wierchuszką o prawo do własnej ziemi, ale także o zachowanie własnej podmiotowości, a wręcz człowieczeństwa. Walka z góry skazana jest na niepowodzenie i nie pomaga sprowadzenie do miasta dawnego przyjaciela – wziętego adwokata z Moskwy. I mimo że film ma niezwykle skompilowaną narrację, reżyser podsuwa nam liczne fałszywe tropy, karmi odniesieniami biblijnymi, w tym tytułowym lewiatanem, ja myślę o cenie, jaką Kola płaci za swoją walkę i o tym, co czuje, kiedy już jest po wszystkim. Gorycz porażki? Zgorzknienie i żal? Czy warto jest walczyć, nawet wtedy, kiedy walka jest ustawiona, a my o tym wiemy? A może, jakby powiedział antyczny stoik, warto zostać przez kogoś przekonanym, wówczas dokona się metanoei  (zmieni się poglądy) i będzie można bez żalu ustąpić? Samolot podchodzi do lądowania, a ja nie znajduję w sobie rozstrzygnięcia. Jeszcze nie teraz.

Komentarze

Autor:

Michał Wiśniewski