Skromność o smaku Ćennaj

Nahargarh Fort, Chennai (India)

Po przeszło 13-godzinnym locie, z przesiadką we Frankfurcie, ląduję na międzynarodowym lotnisku w Ćennaj (dawniej Madras) w południowo-wschodnich Indiach. Pierwsze co uderza po wyjściu z lotniska to bieda…. wszechobecna, wychodząca z każdego zakamarka, przemożna bieda. To miejsce uzmysławia mi w niezwykle obrazowy sposób, czym są głębokie nierówności społeczne. Z jednej strony nowe, wielopoziomowe centra handlowe wypełnione międzynarodowymi markami, w nich typowi przedstawiciele klasy średniej, realizujący swoje, wykreowane przez współczesną kulturę, zakupowe potrzeby. A kiedy tylko opuszczam chroniony parking lotniska i włączam się w ruch uliczny, jestem w stanie ujrzeć inne oblicze miasta. Jego postarzałą, brudną i wykrzywioną od bólu twarz. Krowy snujące się po rozpadających się chodnikach, podróżni, którzy wyglądają jakby oczekiwali na spóźniony o kilka godzin autobus, zupełnie zrezygnowani i pogodzeni z rzeczywistością, uliczni sprzedawcy bananów, bezdomni śpiący gdzie popadnie: na krawężnikach, pod płotami, na progach domów. Tylko dzieci są takie same, zresztą one zawsze i wszędzie są takie same: roześmiane, zaciekawione moją obecnością, wahające się. czy podejść do mnie, czy lepiej obserwować z odległości.

Jest niedzielny poranek, jadę do hotelu i po zakwaterowaniu próbuję odpocząć po podróży, ale natychmiast ogarnia mnie senność. Wiem, że jeżeli teraz zasnę, jet lag będzie prześladował mnie przez kilka dni. Przebieram się zatem, zamawiam kierowcę i wyjeżdżam z hotelu, aby zwiedzić pobliski ogród botaniczny i hinduską świątynię.

Obecnie 10-milionowe Ćennaj zostało założone w XVII wieku przez słynną Brytyjską Kompanię Wschodnioindyjską. W 2000 roku zmieniono nazwę miasta z Madras, w języku hindi, na Ćennaj (ang. Chennai). Miasto szczyci się przydomkiem „indyjskiego Detroit”, ponieważ zlokalizowano tu dużą część tamtejszego przemysłu motoryzacyjnego. I mimo że okres brytyjskiego panowania jest wciąż widoczny na każdym kroku, a praktycznie wszyscy mówią płynnie po angielsku, nie mogę uciec przed dojmującym uczuciem, że jestem tutaj zupełnie obcy, jakby niekompatybilny z rzeczywistością. Czy to odmienna kultura, coś, co być może w gruncie rzeczy jest indyjską gościnnością, sprawia, że czuję się wśród Hindusów w sposób wyjątkowy? A może mój kolor skóry sprawia, że to moi gospodarze, traktują mnie w ten właśnie sposób? Jakby przetwarzali jakieś wielosetletnie skrypty niższego statusu społecznego. Każdy przecież rozpoczyna ze mną rozmowę od słowa „sir”, mam własnego kierowcę, a lokalne hotele klasy biznes wyglądają, jak nie przymierzając, XIX-wieczne klub dżentelmenów, rozłożone na kilku hektarach posiadłości z ogromnymi pokojami oraz ubraną na biało „służbą”.

Biuro mojej firmy zlokalizowane jest za rogatkami miasta, a mimo wszystko w czasie lunchu nie korzystamy z firmowej kantyny, tylko jedziemy do najbliższego zachodniego hotelu, bo przecież „biali goście” nie będą jeść wegetariańskich potraw palcami (większość osób nie używa tutaj sztućców). Nasze podniebienia zadowoli wszak tylko europejski lub amerykański szef kuchni. Całe przedsięwzięcie wraz z drogą tam i z powrotem, zamiast zwyczajowych 30 minut, zajmuje nam codziennie ponad 2 godziny. Po kilku dniach próbuję oponować, ale kończy się to w ten sposób, że moi lokalni opiekunowie wyglądają na urażonych, kiedy staram się ich namówić, abyśmy wybrali się do firmowej stołówki.

Same rozmowy z Hindusami to ciekawe doświadczenie na poziomy języka ciała. Każde spotkanie zaczynamy od napicia się słynnej masala chai, lokalnej herbaty wymieszanej z silnie korzennymi przyprawami i mlekiem. Ja mam to pić zamiast kawy?! Halo! Pomocy! Królestwo za podwójne espresso do kolacji! Ale i do masala chai po kilku dniach się przyzwyczajam. Podobnie jak do niezwykłej mowy ciała. Każdy z Hindusów obserwuje mnie bardzo uważanie w trakcie rozmowy, w tym czasie jego głowa porusza się płynnie, acz w niewielkim stopniu, w lewo i w prawo, jak wahadło zegara. I mimo że w zachodniej strefie kulturowej, ten ruch oznaczałby raczej „nie”, „nie zgadzam się z tobą”, tutaj świadczy o tym, że rozmówca słucha uważnie, co masz do powiedzenia. Ależ siła tkwi w tym podświadomym nawyku! Już po kilku dniach orientuję się, że sam „macham” głową, rozmawiając przy kolacji z kolegami z firmy.

Cały ten przepych. Ten klimatyzowany hotel z rzeźbionym mahoniowym łóżkiem na środku pokoju. Każdy dzień kwitowany kolacją w drogiej restauracji. Ten specyficzny sposób percepcji rzeczywistości z punktu widzenia Europejczyka odwiedzającego „kolonie”. To wszystko sprawia, że już tylko kilka kroków dzieli mnie od wejścia w rolę znudzonego expata, który wszystkich „tubylców” traktuje z wyższością. Kiedy tylko zauważam w sobie pociąg do takiej postawy, mówię dość! Wiem przecież, że siła stoika w dużej mierze bierze się ze skromności, wręcz lekceważącego stosunku do rzeczy zewnętrznych. W trakcie wieczornej lektury kartkuję „Rozmyślania”, aby odnaleźć jeden z ważniejszych dla mnie cytatów. Jest, Księga VI, fragment 30:

Uważaj, abyś się nie scezarzył, abyś się nie zaraził. Zdarza się to bowiem. Utrzymaj się skromnym, dobrym, szczerym, poważnym, naturalnym, w umiłowaniu sprawiedliwości, bogobojności, bądź życzliwy, miły, wytrwały w pełnieniu obowiązków. Staraj się usilnie o to, abyś takim pozostał, jakim cię pragnęła zrobić filozofia.

Marek Aureliusz. Rozmyślania 6.30

„Zdarza się to bowiem”. Marek znowu trafia w sedno. Jak łatwo się to zdarzyć nam może? Historia pokazała, że Marek Aureliusz nie scezarzył się. Został zapamiętany przez współczesnych takim, jakim sam siebie napominał, w swoim duchowym dzienniku. Słynna jest wręcz anegdota, kiedy cesarz wystawia na licytacje kosztowności i zbiory sztuki ze swojego pałacu, aby sfinansować kampanię wojenną w 169 roku i oddalić widmo barbarzyńców na północnych rubieżach Cesarstwa. Skoro więc Aureliuszowi udało się zachować skromną stoicką postawę, będąc najpotężniejszą osobą w ówczesnym świecie, mi też się może uda. Mimo że “cesarzem” w tym kraju będę jeszcze najwyżej przez kolejne 10 dni.

Komentarze

Autor:

Michał Wiśniewski