Nasza uwaga ma ograniczoną „pojemność”, z kolei nasze dobro nie narzuca się naszej uwadze, lecz wymaga, by ją na nie skierować. Oto zasada, którą trzeba sobie przyswoić i stale powtarzać zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Jeśli moja uwaga jest czymś sale zaprzątniętą, to coś innego będzie mi stale umykać. Jeżeli uwagi swej na sprawy dobra i wartości z rozmysłem nie nakieruję, to ich nie zauważę. Za to przeoczenie płacimy cenę w postaci jakości naszego życia.

Wiele osób ma przeświadczenie, że życie jest czymś, co się toczy, zapominając przy tym, że jeśli chcemy, żeby się dobrze toczyło, nie możemy pozwolić, żeby tylko się toczyło. Tymczasem, kiedy jesteśmy zanurzeni w środowisku elektronicznym, stałe podniecani i straszeni zmieniającymi obrazami, stajemy się zazwyczaj jedynie bezwolnymi uczestnikami strumienia dziania się, gdzie wszystko jakoś się toczy, a my na niewiele mamy wpływ, a w szczególności na nasze pragnienia i obawy. Mając głowę wypełnioną stale strumieniem bodźców, obrazów, dźwięków, informacji, pilnych spraw do załatwienia, nie mamy już w niej miejsca na samych siebie. Przez „samych siebie” rozumiem zaś w tym kontekście rozpoznanie tego, co dla nas naprawdę dobre i konsekwentne do tego dążenie. Rozpoznanie i dążenie – to przede wszystkim oznacza bycie sobą według stoików.

Uważam, że człowiek został przez naturę wyposażony w bardzo czułą aparaturę do wykrywania tego, co dla nas dobre, co nam służy. Jednocześnie wyposażył nas w bezpieczniki do wykrywania zagrożeń naszej egzystencji i okazji na jej efektywne podtrzymanie. Wyobrażam sobie człowieka na kształt inteligentnego robota kuchennego, który uzyskane produkty przetwarza w możliwie najsmaczniejsze i najzdrowsze potrawy. Jednak ma też bezpieczniki wykrywające zagrożenie dla jego trwania, a kiedy mu się te bezpieczniki aktywują, przechodzi w tryb autoserwisowania i zaprzestaje czynności kuchennych, do których jest przeznaczony. W przypadku człowieka dwa są takie bezpieczniki bezwarunkowo zmieniające tryb jego funkcjonowania: strach i podnieta. Ponieważ cyfrowa kultura stałe nam te bezpieczniki pobudza, łechce i uruchamia, nie poszukujemy tego, co jest dla nas dobre, lecz wchodzimy w tryb autoserwisowania, to jest tryb pobudzonej czujności, podenerwowania, nadmiernej aktywności.

Posłuchaj także naszego podcastu “Ze stoickim spokojem” o idei wyrzeczenia >>>

Bez świata cyfrowego niemal nie sposób dzisiaj funkcjonować. Jednocześnie bardzo łatwo jest się w nim zatracić. W miarę możliwości regularnie więc trenuję cyfrową abstynencję, odłączając strumień elektronicznych bodźców, robiąc sobie w sobie miejsce na siebie. Pomaga mi w tym lektura książki, spokojny relaks w ogródku, spędzanie czasu z bliskimi osobami, wędrówka po lesie, czy wyprawa rowerowa. Nagle docierają do mnie wewnętrzne bezcenne głosy, których normalnie nie słyszę. Wdaję się z nimi w pogawędkę, rozpoznaję oraz przypominam sobie siebie, czyli to, co mi się wydaje w życiu ważne, oraz sposób, w jaki zamierzam do tego dążyć.

Jednym z najrzadszych i najtrudniejszych współcześnie doświadczeń jest wewnętrzna cisza. Jest to stan, w którym nie odczuwam już żadnych raptownych zachceń, nie odczuwam głodu klikania, pragnienia informacji, strachu, że mnie coś ważnego omija, coś, co się właśnie dzieję, a ja o tym nie wiem. Świat toczy się dookoła mnie, a ja przyjmuję to tak, jak jest, potrzebując być tylko tym, kim właśnie w tej chwili jestem i niczym innym. Jest to doświadczenie, w dojściu do którego cyfrowa asceza pozwala dotrzeć i które sobie dzięki niej przypominamy. Jednocześnie właśnie z perspektywy tego unikalnego stanu widać wyraźnie to, co jest dla nas w życiu ważne i do czego warto zmierzać. Dlatego następnie na powrót wchodzimy w świat, podejmując wyzwania na wyznaczonej w ten sposób drodze, starając się jednocześnie zachować w sobie coś z tej ciszy.