Pewna młoda Polka odniosła ostatnio spektakularne zwycięstwo w prestiżowym turnieju tenisowym. Jest pierwszą polską tenisistką w historii, której się to udało. To bez wątpienia niezwykły sukces, zwłaszcza że odbyło się to w znakomitym stylu. Tą Polką jest Iga Świątek i obecnie chyba już niemal wszyscy Polacy znają jej nazwisko.

Znajomy stoik zwrócił mi ostatnio uwagę na podziwu godne przejawy stoicyzmu właśnie u tej tenisistki. Na boisku potrafi zapanować nad swoimi emocjami, skromnie i z dystansem wypowiada się o swoich osiągnięciach, wreszcie z dużą rozwagą potrafi planować swoje dalsze poczynania. Zainteresowałem się tym i od razu moją uwagę zwróciła pewna zasadnicza dysproporcja. Dodam, że uważam, iż jest to dysproporcja ukazująca ducha naszych czasów oraz tego jak ciężko jest nam dzisiaj zrozumieć istotę postawy stoickiej.

Pierwszy rodzaj dysproporcji wyraża się w stosunku między rzekomo stoicką postawą Igi Świątek a skrajnie wprost niestoicką atmosferą budowaną od samego początku wokół jej triumfu. Wygrać z zimną krwią to jedno, komentować to z ekstazą, celebrować przez wiele dni, napawać się tym bez opamiętania w mediach przez dziennikarzy to co innego. Żaden choć odrobinę stoicki stoik nie pochwalałby tego namiętnego epatowania oznakami zewnętrznego sukcesu i każdego takiego stoickiego osobnika musi to razić oraz smucić.

Pytacie, skąd ten smutek? W każdym turnieju tenisowym bierze udział kilkadziesiąt zawodników i zawodniczek z całego świata, podczas gdy my, współcześni ludzie, komentatorzy, dziennikarze, chcemy mówić wyłącznie o jednej zwyciężczyni i jednym zwycięzcy, a w szczególności o ich rozstrzygających zagraniach. Czy ktoś był przy tym raczej stoicki, czy może raczej nerwowy, to pozostaje całkowicie drugorzędne – liczy się sukces, finezja, styl. Tymczasem w sercach i duszach pozostałych zawodników, nie tylko zwycięzców, toczą się boje i zmagania sto razy ważniejsze, sto razy bardziej znaczące z humanistycznego punktu widzenia niż tor lotu piłki puszczonej w ruch przez zwycięską rakietę. Smutne jest właśnie to przemilczenie wymiaru ludzkiego na rzecz praw fizyki.

Sprawę pogarsza świadomość, że medialny kult sukcesu zatruwa umysły młodych ludzi, którzy z podziwem patrzą na swą nieco starszą koleżankę. Dostają podprogowy przekaz, że liczy się sukces, zwycięstwo i nic poza tym. Prosta kalkulacja matematyczna (przytłaczająca większość przecież nie wygra) wystarcza, żeby sobie uświadomić, że większość z nich będzie się przez znaczną część życia konfrontowała z poczuciem niespełnienia i porażki. To jeszcze bardziej smutne.

Drugi rodzaj dysproporcji przejawia się w różnicy między stosunkiem antycznych stoików do sportu a częstotliwością imputowania zawodowym sportowcom stoickiej postawy. Współcześni zawodowi sportowcy, choć zazwyczaj nieco mniej okrwawieni, są odpowiednikiem antycznych gladiatorów. Wychodzą na areny, żeby rozbudzać emocje – nawet jeśli robią to ze spokojem i hartem ducha, służą skrajnie niestoickim celom społecznym, co w dodatku wykorzystują wielkie koncerny, żeby, żerując na tych emocjach, wciskać tak pobudzonej widowni przeważnie nieprzydatne towary. W dodatku tacy sportowcy poświęcają trosce o kondycję swojego ciała skrajnie nieproporcjonalną ilość czasu w stosunku do tego, co jest ważne z punktu widzenia stoickiej hierarchii wartości.

Świat stoi prawdopodobnie na skraju klimatycznej katastrofy, tymczasem dziennikarze codziennie więcej czasu poświęcają intrygom polityków i wyczynom współczesnych gladiatorów niż codziennemu ustawicznemu edukowaniu widzów co do działań, jakie każdy z nas mógłby podjąć już dzisiaj, żeby może ten świat ocalić.