Ponad poziomem chmur

Usposobienie mędrca jest takie jak stan niebios powyżej księżyca: wciąż panuje tam niezmącana pogoda.

Seneka. Listy. LIX.

Cabin Crew, please prepare for departure. To ostatnie słowa, które słyszysz zanim kapitan samolotu pchnie dźwignię ciągu i samolot zacznie nabierać prędkości na pasie startowym.

Kilka sekund później jesteś już w powietrzu, a samolot rozpoczyna mozolną wspinaczkę z prędkością 700 km/h na wysokość kilku kilometrów, spalając przy tym ogromne ilości paliwa.

Dużo czasu spędzam w samolotach rejsowych na trasie Monachium – Warszawa – Monachium. Staram się wracać do kraju tak często, jak to możliwe. W zeszłym roku wykonałem 40 tzw. segmentów podróży. Oznacza to, że 40-krotnie zaliczyłem moment startu oraz lądowania. Z czasem sam proces latania staje się już czymś rutynowym, powszednieje i zaczyna przypominać codzienny dojazd koleją podmiejską do pracy. Dotarcie na lotnisko, odprawa bezpieczeństwa, oczekiwanie w kolejce przed gatem, boarding, start, lądowanie, itd.

Jest jednak pewien element tej sekwencji, który nie przestaje mnie fascynować i jeżeli tylko sprzyjają temu okoliczności, czekam na niego w czasie każdej podróży. Chodzi o moment przebicia się ponad poziom chmur. Z reguły samoloty rejsowe poruszają się na wysokości pomiędzy 6 a 10 km, a więc jeżeli tylko sprzyja temu pogoda i podróżuję w ciągu dnia, ta chwila, kiedy samolot wzlatuje ponad chmury, jest jak przejście do innego świata. Szczególnie o poranku, kiedy słońce jest jeszcze nisko i zalewa świat odcieniami różu i błękitu, ta kraina zlokalizowana ponad chmurami prezentuje się szczególnie zjawiskowo. Nie ważne, co działo się jeszcze kilka minut temu, jak ciężki był moment startu. Może gdzieś tam na dole pogoda jest typowo barowa, szaleje wichura albo pada deszcz. Być może właśnie przemarzłeś do szpiku kości, stojąc na schodach i czekając na wejście na pokład, ponieważ samolot nie zadokował się do „rękawa”. Maszyna w trakcie startu tak trzęsie, że zaczynasz zastanawiać się, czy aby nie wysłać SMS-a do ukochanej osoby. Silniki wyją, jakby za chwilę miały eksplodować. I nagle wszystko natychmiast cichnie i ustaje. To jak zanurzenie się pod wodę. Tutaj ponad chmurami panuje krystaliczny spokój, błękit nieba, srebrzysty ocean chmur i słońce. Wszystko podpowiada: już w porządku, uspokój się… Tak wiele razy skupiałem się na doświadczeniu tego momentu, że wyryłem je głęboko w swojej pamięci. Co ciekawie, po pewnym czasie z zaciekawieniem stwierdziłem, że obraz spokojnego srebrzystego oceanu ponad chmurami wraca do mnie w najmniej oczekiwanych chwilach. I o dziwo przynosi nieoczekiwane rezultaty.

Mam takie momenty, kiedy w pracy wszystko idzie na przekór. Współpracownicy lub klienci wyjątkowo zachodzą za skórę, szef doprowadza mnie do szewskiej pasji, aby nie powiedzieć do szału. Siedzę na 138 spotkaniu tego dnia, cały w stresie, marząc o tym, aby ten dzień dobiegł już końca. Czuję, że jeżeli spędzę w tym miejscu chwilę, wybuchnę i w złości powiem wszystkim, co o nich myślę. Też tak czasem masz? Ja w takich momentach sięgam po widok ponad chmurami, przywołuję go z pamięci. Staram się przypomnieć sobie jak najwięcej szczegółów. Oto siedzę w wygodnym skórzanym fotelu na pokładzie samolotu, piję gorącą kawę i przez podwójną szybę z hartowanego szkła oglądam krajobraz, który rozciąga się aż po horyzont. Zmiana nastroju przychodzi po pewnym czasie. Ciśnienie powoli opada i ogarnia mnie spokój.

To proste ćwiczenie stoicy nazywali zmianą perspektywy. Nasz umysł zdaje się być w podobny sposób podatny na obrazy, które widzimy i których doznajemy w rzeczywistości, jak i na te, które sobie wyobrażamy lub wspominamy. Nasza reakcja emocjonalna złączona jest z obrazem sytuacji, w której „postawimy” swój umysł. Jeżeli w trakcie zdarzenia, które jest dla Ciebie bardzo stresujące, będziesz wyobrażać sobie negatywne konsekwencje, które mogą dotknąć Cię w przyszłości, tylko spotęgujesz odczuwany stres. Jeżeli natomiast dokonasz zmiany perspektywy i powrócisz do miejsca pełnego spokoju, masz szansę na chwilę odciąć się od chwili obecnej, doprowadzić do równowagi i wrócić do rzeczywistości, aby poradzić sobie z wyzwaniem chwili, w której się znalazłeś. Jest jeszcze jedna rzecz, która wydaje się kluczowa w tym ćwiczeniu. Chodzi o świadomość. Mam tu na myśli świadomość dostępności tego miejsca dla Ciebie i tego, że zawsze znajduje się ono w niezmienionej postaci, którą sobie wyobrażasz. Nieważne, jaka pogoda panuje tu „na ziemi”. To może być burza, wiatr łamiący druty w parasolkach, czy przeszywający deszcz. Wiem, że tam w górze, ponad poziomem chmur, czeka na mnie krystaliczny spokój, niczym niezmącony, i niezmiennie będzie na mnie tam czekał.

Ćwiczenie dla Ciebie: Przywołaj z pamięci miejsce, które napawa Cię spokojem. To może być miejsce z Twojego dzieciństwa. Widok zamglonego jeziora o świcie. Zachód słońca nad morzem. Biblioteka uniwersytecka, w której uczyłeś się do egzaminu. Odnajdź i rozpocznij proces „odbudowy” swojej pamięci. Przypomnij sobie albo stwórz jak najwięcej szczegółów. Jaka jest teraz pogoda? Jaka panuje temperatura? Czy słońce oświetla twoją twarz? Czy czujesz powiew wiatru? Poczuj, jak ogarnia Cię spokój, dokładnie taki sam, jaki czułeś, kiedy byłeś tam ostatnio. Wracaj do swojego miejsca spokoju zawsze, kiedy ogarnie Cię zdenerwowanie, strach czy gniew. Obserwuj, czy stres ustępuje i czy w jego miejsce pojawia się stoicki spokój.             

Komentarze

Autor:

Michał Wiśniewski
Michał Wiśniewski