O tak zwanym biegnięciu z górki

Antyczni stoicy tępili ludzkie afekty, upatrując w nich źródło najpoważniejszego zagrożenia, przed jakim w swej codziennej egzystencji stajemy. Człowiek w stanie afektywnego pobudzenia jest niebezpieczny dla siebie i swojego otoczenia. Ma zaburzoną percepcję rzeczywistości, podejmuje pochopne decyzje, niewłaściwie ocenia ryzyko i sytuację, w jakiej się znalazł.

Stan pobudzenia afektywnego nie jest jednorodny, ma różne fazy. W celu wyjaśnienia tego antyczni stoicy używali metafory biegnięcia z górki. Z tej perspektywy można powiedzieć, że wszelki afekt ma cztery fazy:

  1. stoimy na szczycie góry i mamy w sobie gotowość (podatność), żeby z niej zbiec;
  2. jakiś impuls popycha nas do tego, żeby zacząć biec;
  3. biegniemy z górki i jesteśmy coraz bardziej rozpędzeni;
  4. stopniowo wyhamowujemy.

Podobne fazy czy postaci ma każdy silny afekt (emocja), czy to będzie gniew, czy zniecierpliwienie, czy zazdrość, strach przed jakimś zagrożeniem i tak dalej. Metafora biegnięcia z góry pozwala zrozumieć, że do natury emocji należy sukcesywne „rozpędzanie się”. Potocznie mówimy, że ktoś jest nakręcony. Jeśli już raz uruchomimy mechanizm emocji, dalej coś już w nas po prostu biegnie, gna na oślep, tratując wszystko po drodze – od pewnego momentu nie możemy się już zatrzymać, możemy jedynie biec dalej (coś w nas biegnie dalej).

Antyczni stoicy ćwiczyli w trzech obszarach. Po pierwsze przed wystąpieniem afektu – już zawczasu dzięki odpowiednim ćwiczeniom można się przygotować, odpowiednio zabezpieczyć umysł. Po drugie, w momencie pojawienia się impulsu, który popycha nas do biegu, można, wykorzystując owo wcześniejsze przygotowanie, nie pozwolić, by ten impuls nas popchnął. Czujemy go wprawdzie, ale przeciwdziałamy mu i nie zaczynamy biec. Po trzecie wreszcie, ćwiczyli podczas biegu, czyli wtedy, kiedy destrukcyjne emocje już się rozszalały – biegu raptownie zatrzymać nie można, ale też, dzięki odpowiednim ćwiczeniom, można go szybciej wyhamować, czyli, by odnieść się do naszej metafory, wybrać takie fragmenty góry, w których spadek jest mniej gwałtowny.

Ćwiczymy więc, żeby nie doświadczyć afektu, ćwiczymy, by umieć kontrować impuls uruchamiający daną emocję, ćwiczymy wreszcie, żeby szybciej emocje wyciszyć, skoro już się pojawiły. Wydaje mi się, że niektóre stoickie ćwiczenia czy strategie zaprojektowane są przede wszystkim z myślą o tym trzecim obszarze. Zaliczam tu strategię realizowaną przez Senekę w jego znanych tragediach. Dzieła dramatyczne tego rzymskiego stoika cechuje niezwykła burzliwość, silne nasycenie tragizmem, strasznymi, destrukcyjnymi emocjami. Ich finał ma zazwyczaj postać krwawej katastrofy. Wydaje się jednak, że Seneka nie realizuje tu modelu tragedii w rozumieniu Arystotelesa, który zakładał, że rysem charakterystycznym recepcji utworu tragicznego jest doświadczenie uczucia katharsis, czyli oczyszczenia. Zamiast tego widz czy czytelnik ma tu doświadczyć uczucia zniechęcenia czy przestrachu. Oto jaki czeka cię los, jeśli nie wyhamujesz swoich afektów!

Technikę zaproponowaną przez Senekę możemy określić mianem premeditatio tragica – czyli uprzedzająca medytacja nad tragedią. Należy przyjrzeć się obecnym w nas emocjom, a następnie wyobrazić sobie, jakie niebezpieczne, a nawet destrukcyjne mechanizmy mogłyby one uwolnić w naszym życiu. Trzeba sobie dokładnie wyobrazić zwłaszcza tragiczny finał tych scenariuszy. Medytując nad nim, mamy szansę oprzytomnieć, zwolnić, szybciej zaprzestać naszego biegu z górki.

Chyba warto też dodać, że każdy człowiek ma w sobie wiele górek. Jeśli jesteśmy już zabezpieczeni, by nie biec z jednej z nich, nie znaczy to, że nie istnieje wiele innych, na szczycie których stoimy, nawet o tym nie wiedząc. Czasem wystarczy błahe wydarzenie, żeby wytrącić nas całkiem z równowagi i rzucić w dół stoku, na łeb na szyję. Jednak właśnie to wydarzenie dotknęło w nas jakiejś czułej struny, której istnienia nie przeczuwaliśmy. Dlatego praktykujący stoik winien stale testować siebie w różnych obszarach, żeby rozpoznać, jakie to jeszcze góry się w nim nie czają.

Mając już jako taką świadomość swoich gór i dolin, można następnie doświadczyć owego osobliwego stanu, przydarzającego się właśnie osobom już względnie świadomym siebie – jest to stan współwystępowania afektu i spokoju. Oto więc w jednym aspekcie mojej egzystencji biegnę z górki, w innym natomiast doświadczam spokoju. Bardzo mnie na przykład złości niepewna sytuacja zawodowa, dygoczę na skutek najbłahszej nawet pogłoski. Ale w relacjach z żoną, niegdyś niełatwych, panuje zgoda, harmonia i zaufanie. Czuję się zatem, jakbym miał dwie osoby w sobie, jedną spokojną, a drugą poddenerwowaną. Stan ten jednak nigdy nie trwa długo. Afekt jest niczym zaraza, przenosi się z jednego obszaru na drugi. Wkrótce biegnę w dół wszystkich moich górek.

Stoik, który bada siebie przez wiele lat, wyćwiczony w rozpoznawaniu swoich wzniesień, stopniowo osiąga znawstwo pozwalające mu dotrzeć do głębszej płaszczyzny swojego osadzenia w świecie, która jest podstawą bardziej fundamentalnego spokoju. A ten ostatni raz uchwycony niweluje już wszelkie górki i zaczynamy żyć na bezkresnej równinie spokojnej satysfakcji z istnienia, satysfakcji, która pod pewnymi względami nosi znamiona głębokiego uniesienia. Tego ostatniego stanu nie cechuje jednak zjawisko biegnięcia z górki, nic tu bowiem w człowieku nie narasta, nie ulega też upośledzeniu funkcja refleksji. Jest to rodzaj czucia głębokiego. Człowiek nie biegnie już z górki, bo sam stał się górą.

Komentarze

Autor:

Tomasz Mazur
Tomasz Mazur