Migracje trwogi

Bohaterem tej opowieści jest Ke. Urodził się on w kraju targanym przez wewnętrzne konflikty zbrojne, w których życie straciło wielu jego bliskich. Pamiętał, że jako nastolatek stale lękał się o swoje życie. Kiedy widział mężczyzn z bronią zbliżających się do jego wioski, ogarniała go trwoga, strach łapał za gardło.

Krył się wtedy w gęstwinie pobliskiego lasu, marząc o lepszym życiu, życiu bez tego dławiącego przerażenia, bez obawy, że każdy dzień może być tym ostatnim. W telewizji nieraz widział filmy, których akcja toczyła się odległych krajach wolnych od widma wojny. Ich bohaterowie zmagali się co najwyżej z drobnymi troskami życia codziennego. Jakże pragnął mieć takie tylko troski! Jakże byłby wtedy szczęśliwy!

Aż wreszcie cudownym zrządzeniem losu pojawiła się sposobność na emigrację do jednego z takich krajów. Ke udało się wyjechać razem z matką i dwiema kuzynkami. Trafił do pięknego kraju z dużą ilością zieleni, czystymi miastami i zadbanymi drogami. Ludzie byli tu stale zaprzątnięci jakąś pracą, mieszkali w dostatnich domach, niczego im nie brakowało i niczego nie musieli się bać. Ke także pragnął takiego życia dla siebie i swoich bliskich. Dostał pracę w rozlewni soku malinowego. Miał wszelkie podstawy przypuszczać, że czasy trwogi pozostawił już za sobą.

Jednak nie wszystko dobrze się układało w tym nowym świecie Ke. Kolor jego skóry różnił się od koloru skóry otaczających go ludzi. Wielu patrzyło na niego z pogardą, wyśmiewali się z niego, traktowali jak człowieka niższej kategorii. Poczuł, jak wraca znajome uczucie, trwoga, jednak nie z powodu zagrożenia życia, lecz odebrania poczucia ludzkiej godności. Zaczął wieść puste i jałowe życie. Aż któregoś dnia jacyś ludzie napadli go w zaułku i pobili. To go uwolniło. Zrozumiał, że musi poszukać dla siebie innego miejsca.

Wykorzystując swoje doświadczenie w rozlewni soku malinowego, przeniósł się do filii tej firmy w innym kraju, o którym słyszał, że jest znacznie bardziej tolerancyjny. Zabrał tam ze sobą rodzinę, która w międzyczasie powiększyła się, gdyż obie kuzynki wyszły za mąż. Pracował teraz jeszcze więcej, pomagał rodzinie, piął się po szczeblach kariery. Często był przemęczony, ale to mu za bardzo nie przeszkadzało, bo w tym nowym kraju wszyscy traktowali go jak równego sobie. A niektórzy pracowali nawet więcej niż on. Poznał nawet piękną miejscową dziewczynę Ton. Zakochał się w niej, a ona, zdaje się, w nim. Sądził, że nareszcie znalazł się na właściwej drodze.

Jakże okrutna jest jednak fortuna?! Zaraz się odwróciła. Na skutek przemęczenia Ke zrobił czeski błąd w rozliczeniach, za co posądzono go o defraudację, a następnie zdegradowano. W firmie zaczęto powtarzać o nim najgorsze plotki. Infamia odbiła się natychmiast na jego samopoczuciu, powrócił stary lęk, ta sama trwoga, o której sądził, że ma ją już za sobą. Nie groziła mu śmierć, nikt mu nie odmawiał równych praw, a jednak utrata dobrego imienia jawiła mu się jako coś równie strasznego i paraliżującego. Przestał sypiać po nocach.

Nie było więc wyjścia. Chcąc odbudować swoją reputację, Ke złożył wymówienie i zmienił pracę. Teraz zatrudnił się w przedsiębiorstwie taksówkowym. Zarabiał mniej, ale odzyskał spokój. Sądził, że będzie lepiej. Wkrótce okazało się, że Ton bardzo ciężko zniosła zmianę statusu materialnego swojego partnera, w związku z czym nie przyjęła jego bardzo romantycznych oświadczyn. Para wkrótce się rozstała, a złamane serce Ke i tęsknota za Ton dławiły go z intensywnością starej, dobrze mu znanej trwogi. Wtedy, w przypływie dziwnej refleksji filozoficznej, po raz pierwszy powziął przypuszczenie, że trwoga nie wybrzydza w pobudkach – po prostu stale nawiedza człowieka, z tego bądź innego powodu.

Hipoteza ta miała się wkrótce potwierdzić. Pewnego dnia dowiedział się, że jeden z największych duchownych religii, którą wyznawał, niejaki ojciec All czerpał zyski z handlu ludźmi, mieszkańcami jego ojczyzny, wiodąc dzięki temu życie w nieprzyzwoitym i zgoła nieduchownym luksusie. Byłą to dla niego trwoga nawet gorsza niż śmierć – jakby cały świat runął. Kiedy indziej ktoś sfilmował go z ukrycia, podczas nocnego kursu, kiedy się pasażerowi płaczliwie zwierzał z tęsknoty za Ton. Filmik ten pojawił się w mediach społecznościowych, a z Ke uczyniono pośmiewisko. Nawet groziła mu z tego powodu utrata pracy. To też wywołało to samo odwieczne uczucie. Tyle że nie miał już, gdzie uciec, żaden zagajnik nie chronił przed rzeczywistością wirtualną. W niej umiera się bardziej totalnie.

Na koniec tego wszystkiego, kiedy pewnego wieczora wrócił do domu, chcąc już tylko żyć z dnia na dzień, kiedy włączył wiadomości, zobaczył, że płonie największa i najstarsza katedra w jego kraju, ośrodek kultu religijnego tak bliskiego jego sercu. Padł na kanapę niczym rażony gromem, nie mógł się ruszyć z trwogi przez wiele godzin. Nawet przez moment wydawało mu się, że już nie żyje. Pomyślał, że jedynym sposobem na wyzwolenie się od trwogi jest znalezienie oparcia gdzieś indziej, w jakimś wewnętrznym świecie, gdzie żadna budowla nie może zostać naruszona. To jest historia Ke, Ton i All.

Gdzie i jak znalazł oparcie, to opiszę w następnym odcinku mojego bloga.

Przeczytaj drugą część opowieści o Ke >>>

Komentarze

Autor:

Tomasz Mazur
Tomasz Mazur