Platforma Netflix udostępniła niedawno serial dokumentalny „Ostatni taniec”, który poświęcony jest zespołowi Chicago Bulls w okresie jego największych triumfów, co miało miejsce w latach 90. ubiegłego stulecia. Głównym bohaterem serialu jest oczywiście koszykarz Michael Jordan. Więcej o tym sportowcu możemy się też dowiedzieć z obszernej monografii dziennikarza sportowego Rolanda Lazenby’ego „Michael Jordan. Życie”.

Osobom, które nie interesują się sportem, spieszę z wyjaśnieniem: Michael Jordan uważany jest za koszykarza wszech czasów, rekordzistę w niemal każdej kategorii, za fenomen, który przez lata elektryzował i zachwycał swą grą tłumy widzów.

Zanim zostałem stoikiem, miałem wiele fascynacji, w tym fascynację koszykarską. Grałem w reprezentacji szkoły średniej w koszykówkę, fascynowałem się Michaelem Jordanem, oglądałem jego zapierające dech w piersi występy. Grał z najlepszymi, a i tak dominował – miał doskonałą koordynację, celność, nadzwyczajną wolę walki i determinację. W wieku czternastu lat próbowałem się nawet dostać do zespołu młodzików warszawskiej Polonii (bez powodzenia niestety). Po książkę o Jordanie sięgnąłem motywowany częściowo przez sentyment, przede wszystkim zaś z bardziej poznawczej potrzeby zrozumienia genezy tego fenomenu, zarówno w sensie sportowym, jak i w sensie kulturowym, bo Michael Jordan stał się w latach 90. międzynarodową marką i symbolem. Pamiętając jego determinację, zdolność skupienia w kluczowych momentach meczu, ciężką i systematyczną pracę, zastanawiałem się, czy dzięki lekturze znajdę jakieś „stoickopodobne” przesłanki ku temu. Może był samorodnym stoikiem? A może na studiach ktoś dał mu do czytania Epikteta, jak to było z Jamesem Stockdalem?

Prawda jest niemal dokładnym przeciwieństwem tych naiwnych domysłów. Nie trzeba jej zresztą za bardzo szukać. Widać ją już po obejrzeniu kilku odcinków „Ostatniego tańca” i po przeczytaniu kilku rozdziałów monografii o Jordanie. Pomijając jego oczywiste predyspozycje fizyczne, od najmłodszych lat był on osobą chorobliwie ambitną, motywowaną przez strach przed odrzuceniem, nadto człowiekiem pamiętliwym, niepuszczającym w niepamięć najlżejszej zniewagi, bardzo przeżywającym wszelkie porażki, chcącym dowieść innym swojej wartości nie tylko poprzez tytaniczną pracę, ale także kosztem relacji z innymi i swojego zdrowia. Dynamika jego sukcesu ma swoje korzenie w obsesji i niemal narkotycznej pasji gry. Był całkowicie zatracony w dążeniu do osiągnięcia sportowych sukcesów. W jego postawie nie było nawet odrobiny stoicyzmu. Jeżeli potrafił się opanować i skupić, to tylko po to, żeby zaraz bardziej wybuchnąć.

W trakcie lektury książki o Jordanie przypomniała mi się podobna lektura biografii Alfreda Tarskiego, wybitnego polskiego filozofa, logika, matematyka, który osiągnął wyżyny, napędzany obsesyjną potrzebą dowiedzenia innym swojej wartości. Był nią motywowany do tego stopnia, że kiedy pojawiły się powody, aby uznać, że pewien matematyk jest co najmniej tak dobry jak on, to, opierając się na doniesieniach o problemach psychiatrycznych tamtego, jął opowiadać, że jest najlepszym zdrowym psychicznie matematykiem.

Powyższe nie kwestionuje wartości obydwu. Byli wielcy, osiągnęli wielkie rzeczy. Cenę tego zapłaciło jednak ich otocznie. Żyjemy w świecie, w którym kultywuje się wielkość mierzoną osiągnięciami, bez względu na koszty duchowe. Ofiarami tego kultu padają kolejne pokolenia młodzieży uczone, że aby ich życie coś znaczyło, muszą coś znaczącego osiągnąć – nie wystarczy być sobą, nie wystarczy umieć cieszyć się własnym życiem i przyzwoitymi relacjami z innymi ludźmi. Wszyscy pamiętamy o Jordanach i Tarskich, ale nie pamiętamy o milionach ich naśladowców, którzy nie mieli tyle talentu i szczęścia, w efekcie czego zderzyli się z rzeczywistością, trapieni przez kontuzje, utratę zdrowia i depresje.

Na zakończenie muszę tu powiedzieć jasno jedno, żeby żaden mój czytelnik nie miał wątpliwości. Zarówno Jordan, jak i Tarski nie osiągnęliby tego, co osiągnęli, gdyby nie ich obsesje. Myślę, że to bardzo częsty scenariusz, w którym do spektakularnych sukcesów dochodzi się dzięki opętaniu. Gdyby nasz świat był bardziej stoicki, gdyby ludzie, po stoicku, bardziej koncentrowaliby się na tym, co jest od nich zależne, nie ryzykowali przekroczenia granic swoich możliwości, pielęgnowali refleksyjność, świat toczyłby się znacznie wolniej i mniej spektakularnie, nie ekscytowalibyśmy się tak bardzo przyrostem PKB czy wyczynami jakiegoś półboskiego sportowca, kolejne wynalazki naukowe nie objawiałby się jedne za drugim. Tak, taka byłaby cena tego stoicyzmu. Mnie by to się jednak podobało.