Maszyna do wytwarzania stanów specjalnych

Wiele powstało w historii filozofii propozycji sposobów rozumienia czy definiowania człowieka. Najczęściej próbowano nasze człowieczeństwo lokować w obszarze mniej lub bardziej precyzyjnie określonej racjonalności, jednakże wielu myślicieli szło innym tropem, na przykład wartości, funkcji symbolicznej języka czy specyficznej relacji ze sferą sacrum.

Wydaje mi się, że cel ten można by też uzyskać, eksperymentując myślowo ze sferą szeroko rozumianej uczuciowości. Oto, w jaki sposób. 

Wprawdzie zwierzęta także przeżywają stany emocjonalne, jednak o ile u nich pełnią one funkcję instrumentalną względem podstawowej ewolucyjnej misji przetrwania osobniczego i gatunkowego, o tyle człowiek zaczyna się w momencie zaburzenia priorytetowego charakteru tej misji na rzecz autonomizacji niektórych stanów uczuciowych. Ujmując rzecz nieco prościej: człowiek jest maszyną do świadomego wytwarzania i podtrzymywania pewnych uczuciowych stanów specjalnych i to bez względu na okoliczność, czy służy to przetrwaniu jego i jego gatunku, czy też nie. 

Wspomniane tu przeze mnie uczuciowe stany specjalne różnie się nazywa. Niektórzy używają dość mglistego pojęcia szczęście, inni mówią o spełnieniu, dobrostanie, przyjemności, ekstazie, doskonałej miłości, poczuciu mocy, uderzeniu adrenaliny albo wewnętrznej harmonii, błogości, spokoju i tak dalej. Zbiór wszystkich używanych do tego celu określeń nie stanowi spójnej całości – stany pożądane przez jednych wywołują niechęć u innych. Wszystkich jednak ludzi łączy jedno: otrzymaną w toku ewolucji (i jakby w spadku po naszych zwierzęcych przodkach) bazę psychofizyczną mniej lub bardziej wprawnie wykorzystują do uzyskania w swoim życiu określonych stanów uczuciowych, chcąc je następnie w sobie możliwie długo podtrzymać. 

Postawienie sprawy w ten sposób budzi oczywiste zastrzeżenie. Co mianowicie z ludźmi etycznymi, w kantowskim tego słowa znaczeniu? Przypomnijmy, że niemiecki filozof Immanuel Kant uważał, że właściwie i ściśle ludzkim sposobem działania jest dążenie do określonego celu ze względu na jego wartość etyczną (dobro), a nie stan uczuciowy, jaki dzięki temu dążeniu uzyskamy. Wspomniane zaś dobro może się wprost kłócić z jednostkowym dobrostanem, który w związku z tym należy w imię wyższego etycznego celu poświęcić. 

Na tak postawiony zarzut, jeśli w ogóle da się go odeprzeć, przytoczyć można stanowisko innego niemieckiego filozofa, Fryderyka Nietzschego, który uważał, że wszelkie wartości pełnią funkcję usługową względem woli mocy, czyli jego wersji specjalnego stanu uczuciowego. Nawet asceci, zdaniem Nietzschego, robią to, co robią, nie w imię abstrakcyjnych norm etycznych i poszukiwania Boga, ale wyłącznie dlatego, że uzyskują w ten sposób niezwykłe poczucie wewnętrznej siły, panowania nad instynktami – jest to uczucie upajające. Niczym się więc nie różni człowiek tęgi etycznie od, dajmy na to, triathlonisty. W obu przypadkach na drodze wyrzeczeń uzyskuje się pewne określone stany specjalne – może jedynie meta jest gdzie indziej. 

Komentarze

Autor:

Tomasz Mazur
Tomasz Mazur