Parę lat temu zacząłem biegać. Wcześniej grałem w koszykówkę, ale kontuzje zmusiły mnie do zmiany dyscypliny. Początkowo ciężko było mi się przestawić, bo koszykówka to sport zespołowy, pozwalający zaspokoić plemienny instynkt identyfikacji z grupą, jest ponadto bardzo dynamiczny i z dużym stopniem nieprzewidywalności przebiegu potyczki. Tymczasem bieganie jest raczej indywidualne i monotonne. 

Szybko się jednak przestawiłem. Bardziej introwertyczna i indywidualistyczna strona mojej natury znalazła tu swoje naturalne ujście. Długi i monotonny bieg sprzyja refleksji, zanurzeniu się w siebie, wsłuchaniu się w rytm własnego ciała. Wszystko to są bardzo intensywne i satysfakcjonujące doznania, sprawiające, że w ogóle nie mogę pojąć, jak może ktoś uważać bieganie za nudne zajęcie, a zdarzyło mi się zetknąć z takimi opiniami. 

Po jakimiś czasie uświadomiłem sobie, że nawet przy tej nowej aktywności stary plemienny instynkt nie daje za wygraną, znajdując sobie nowe formy realizacji. Biegam w pobliskim lesie. Mój ulubiony dystans to 10 kilometrów. Czasami biegnę dłużej. W czasie biegu mijam różnych ludzi, rodziny na spacerach, wyprowadzających psy, rowerzystów, zwolenników nordic walking, innych biegaczy, a w sezonie jesiennym także grzybiarzy. Jednak zauważyłem, że inni biegacze, ale tylko oni, machają mi na powitanie, niektórzy nawet mówią mi „cześć”. Zacząłem im odpowiadać, odnajdując w tym kojące wspólnotowe doświadczenie. 

Jednak jakiś głos filozoficzny mówi mi z tyłu głowy: „jak to, to jak ktoś chodzi z kijkami lub jedzie na rowerze, to mu się powitanie nie należy od biegacza?” Dlaczego wspólnota tworzy się wobec typu aktywności sportowej, a nie wokół sportu jako takiego na przykład? W ramach eksperymentu zacząłem posyłać powitania przedstawicielom innych grup. Zazwyczaj odpowiadają grzecznie, aczkolwiek z pewnym zdziwieniem, a jeden rowerzysta, chcąc mi odmachać o mało się nie wywrócił. 

Może więc bezpieczniej byłoby poprzestać na plemieniu biegaczy i niepotrzebnie się nie wychylać.