Piszę ten tekst w niedzielę wyborczą, a kiedy go czytasz, być może jest już wszystko jasne, a może przeciwnie, czeka nas dogrywka w Sądzie Najwyższym? Abstrahując przez chwilę (jeżeli to tylko możliwe), od tego, kto wygrał, a kto przegrał, ja zapamiętam z tej kampanii przede wszystkim to, w jaki sposób w tych wyborach zmobilizował się elektorat Andrzeja Dudy.

Bardzo ciekawe badania elektoratu przynosi ostatni numer “Polityki”, konkretnie ich projekt wyborczy realizowany wspólnie z Instytutem Badań Rynkowych i Społecznych (IBRiS). Próbując uciec poza prosty schemat, w którym pyta się ankietowanych, na którego kandydata w wyborach prezydenckich są gotowi zagłosować, IBRiS oddał w ręce badanych 100 punktów do rozdzielenia pomiędzy poszczególnych kandydatów. Umożliwiło to oszacowanie tzw. twardych, labilnych (chwiejnych) i potencjalnych elektoratów oraz bardziej dokładne określenie ich preferencji.

Obraz wyłaniający się z tego badania jest fascynujący i potwierdza empirycznie moje obserwacje, które próbowałem jakoś uargumentować przez ostatnie kilka tygodni. Po pierwsze, to imponujące, jak zmobilizowany jest w tych wyborach elektorat Andrzeja Dudy. Wygląda na to, że to mobilizacja wręcz “do granic możliwości”. Jednocześnie ta grupa wyborców jest w ogromnej mierze spójna w odbiorze prezydenta i na pytanie “Czy głosuje na swojego idealnego kandydata”, aż w 69% odpowiada “Tak, głosuje na mojego idealnego kandydata”. Na to samo pytanie, elektorat Rafał Trzaskowskiego lokuje się dokładnie po drugiej stronie! Aż w 70% odpowiada “To nie jest mój idealny kandydat, głosuje na mniejsze zło”.

Kolejne pytanie pozwala nam uzmysłowić, że elektorat Andrzeja Dudy czuje się w obecnej sytuacji politycznej bardzo “u siebie” i głosuje po prostu na swojego prezydenta, podpisując się wręcz pod hasłem wyborczym “Mój Prezydent Andrzej Duda”. Aż 76% ankietowanych po stronie Andrzeja Dudy odpowiedziało, że głosuje “przede wszystkim, żeby wygrał mój kandydat”. A 57% badanych wyborców Rafała Trzaskowskiego wybrało odpowiedź, że głosuje “przede wszystkim, żeby nie wygrał jego konkurent”.

Jak to możliwe? Czy zdecydowana większość elektoratu Andrzeja Dudy nie ma żadnych wątpliwości co do swojego kandydata? Czy Andrzej Duda to w ich opinii to bezbłędny mąż stanu? I skąd ta ogromna mobilizacja? Pojawiło się kilka ciekawych hipotez próbujących odpowiedzieć na te pytania. Wielu komentatorów przywołuje argumenty ekonomiczne (“Andrzej Duda jest gwarantem naszych przywilejów socjalnych”) oraz tożsamościowe (“Andrzej Duda wzmacnia nasze poczucie patriotyzmu i dumy narodowej”). Jednak według mnie kluczowy argument, który spaja elektorat prezydenta i pozwala pozostawać niewzruszonym na błędy samego kandydata oraz na krytykę płynącą z obozu opozycji, nie ma ani wymiaru racjonalnego, ekonomicznego czy patriotycznego. Jest to osąd wyłącznie moralny oraz społeczny. Daniel Dennett w swojej ostatniej książce “Dźwignie wyobraźni” opisuje ten sposób myślenia jako “wierzenie w wierze” (“belief in belief”). Jest on tożsamy wszystkim ludziom, ale często można go zaobserwować w społecznościach silnie kwestionujących argumenty naukowe (np. kreacjoniści czy antyszczepionkowcy). W skrócie ten sposób myślenia można opisać tak:

  1. Pewne głębokie przekonanie lub wiara w dany światopogląd bazuje na obserwacji, że dobrzy ludzie wokół mnie właśnie w to wierzą.
  2. Aby móc myśleć o sobie jako dobrym człowieku muszę wierzyć w to samo, co inni dobrzy ludzie.
  3. Przyjęcie odmiennych argumentów może doprowadzić do utraty mojej wiary, a więc sprawi, że stanę się gorszym człowiekiem.
  4. Wykluczy mnie to ze społeczności dobrych ludzi. Muszę temu przeciwdziałać, ponieważ na szali jest moja moralna tożsamość.

W ten sposób “moralny i społeczny umysł” wyborców Andrzeja Dudy może powstrzymywać ich racjonalny sposób myślenia i impregnuje na argumenty drugiej strony. A więc: głosujemy na Andrzej Dudę, ponieważ jesteśmy dobrymi ludźmi i podobnie jak on stoimy po stronie dobra. Andrzej Duda wspiera nasze wartości często wyrażane przez takie instytucje jak np. Kościół Katolicki czy Telewizja Publiczna. Nawet jeżeli niektóre argumenty drugiej strony mogą mieć w sobie ziarno prawdy (afery finansowe, prześladowanie osób LGBT), nie możemy ich przyjąć, ponieważ są podnoszone przez osoby z ciemnej strony mocy (totalna opozycja, gorszy sort, hołota). To dobrzy, a nie źli ludzie mają przecież racje.

Czy tego rodzaju myślenie odnajdujemy tylko wśród wyborców PiS / Andrzeja Dudy? Zdecydowanie nie. Obserwując tzw. obóz opozycyjny (np. popularne w latach 2016 – 2108 marsze KOD-u), można dojść do przekonania, że także ta strona często i gęsto jest przekonana o swojej wyłączności na reprezentowanie pewnej sfery wartości w przestrzeni publicznej. Różnica polega na tym, że strona opozycyjna o wiele częściej wypowiada się o takich wartościach jak demokracja, wolność czy praworządność. Ich przywiązanie do potrzeby bycia dobrym człowiekiem jest o wiele rzadziej manifestowane.

Pozostaje zapytać, jak się tu wszyscy znaleźliśmy w tej sytuacji totalnej polaryzacji, praktycznie bez wyjścia? W tym samy numerze „Polityki” Jacek Żakowski przypomina o „Dwóch dekadach populizmu w naszym życiu publicznym”. Dokładnie 12 czerwca 2000 roku ministrem sprawiedliwości został Lech Kaczyński, który zdobył ogromną popularność na hasłach radykalnej sprawiedliwość w stosunku do medialnie nagłośnionych przestępstw. Kilka lat później powstały formacje polityczne PO i PiS, które doszły do władzy z hasłami “odnowy moralnej” po skompromitowanych (m.in. “aferą Rywina”) rządach SLD. Politycy zrozumieli, że o wiele łatwiej jest pozyskać wyborców przy użyciu argumentów moralnych, a nie racjonalnych. Nauczyli się tworzyć narracje opartą o wskazywanie wroga (postkomuniści, moherowe berety, gender, LGBT, uchodźcy), jednocześnie zapewniając, że to “my” stoimy w prawdzie i to “my” jesteśmy dobrymi ludźmi. Kulminacją tego rodzaju polityki są tegoroczne wybory prezydenckie.

Zdjęcie tytułowe: By Stiopa – Own work, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=91700477