Emocje w każdej kulturze i epoce mają nieco inny status i funkcję. To, jak je odczuwamy we współczesnej kulturze zachodniej wydaje nam się oczywiste i naturalne, niemal jak oddychanie. Tymczasem wiele wskazuje na to, że emocje – ich funkcje i sposób przeżywania – są przede wszystkim wytworem kultury, czasów, w których żyjemy.

To, co dzisiaj większości ludzi wydaje się czymś najbardziej intymnym, najbardziej naszym, wyznaczającym ich tożsamość, jest więc raczej wyuczonym schematem, narzuconym nam z zewnątrz kodem postępowania i zachowywania się.

Jeśli się unoszę gniewem, kiedy odczuwam zazdrość, albo kiedy ponosi mnie entuzjazm, w jakim sensie jestem wtedy sobą, w jakim sensie te stany są moje? Dwuznaczność i niejasność takich doświadczenia ujawnia się w szczególności w tym, że używamy ich do dwóch sprzecznych celów. Z jednej strony jako sposób wyrażania siebie, z drugiej strony jako sposób usprawiedliwiania siebie.

Jak to możliwe, że odczuwane i wyrażane przez nas emocje chcemy traktować jednocześnie jako nasze i nie nasze, jako sposób manifestowania siebie i jako wymówkę, że nie byliśmy sobą? „Przepraszam, nie byłem sobą, zdenerwowałem się” – słyszymy. Kiedy indziej zaś: „oto cały ja, nerwus i zazdrośnik!” Wygląda to tak, jakby współczesny człowiek dowolnie używał swoich emocji do tłumaczenia swojego zachowania.

Podobnie dzieje się w stosunku do innych ludzi. Wskazujemy na ich emocje, żeby ich wypowiedzi i zachowania przedstawić w odpowiadającym nam świetle. Nieraz zdarzyło mi się, że kiedy wygłosiłem jakiś zdecydowany sąd, krytykujący na przykład czyjeś zachowanie, w odpowiedzi słyszałem „rozumiem twoje emocje, ale…”, albo „nie dajmy się ponieść emocjom”. W takiej sytuacji powołanie się na domniemane emocje, które mną rzekomo powodują, służy jako forma deprecjacji mojej wypowiedzi. Rozmówca chce mi zasugerować, że tak naprawdę nie myślę tego, co mówię, bo to tylko przemawiają moje nieracjonalne emocje. Kiedy indziej jednak, kiedy to jest akurat rozmówcy na rękę, kiedy ktoś daje nagły upust emocji, słyszymy na przykład: „oto prawdziwy ty, nareszcie pokazałeś swoje prawdziwe oblicze.”

Świadectwa te pozwalają mi podejrzewać, że rysem charakterystycznym dzisiejszego modelu emocji jest to, że ich używamy, wedle uznania, instrumentalnie, to znaczy do budowania korzystnego dla nas obrazu świata i własnej osoby. Robimy to w dużej części nieświadomie, cierpiąc nieraz z powodu emocji – ale takie cierpienie nie wyklucza jednoczesnego uzyskiwania wspomnianych wyżej korzyści.