Z okazji Światowego Dnia Drzemki w Pracy, przypadającego na 12 marca, chciałbym poświęcić odrobinę uwagi tej zbawiennej i niedocenianej praktyce. Żyjemy wszak wszyscy w świecie pewnego rygoru pracy. Większość ludzi, żeby się utrzymać, żeby wieść życie na pożądanej przez nich stopie, zmuszona jest przez wiele godzin dnia powszedniego wykonywać czynności, na które normalnie nie miałaby ochoty. 

Tak możemy zdefiniować współczesny model pracy. Wykonywanie czynności, na które nie mamy ochoty, żeby dzięki temu móc potem wykonywać czynności, na które mamy ochotę. Ile osób, gdyby nie musiało pracować, zachowałoby swoje obecne posady?

Ofiarą takiego modelu padają nie tylko nasze pragnienia, których zaspokojenie musimy bardzo często odłożyć na później, ale nierzadko także nasze potrzeby, których zaspokojenie gwarantuje dobre zdrowie. Prawda jest taka, że – ewolucyjnie rzecz biorąc – nie jesteśmy ukształtowani na potrzeby nowoczesnego rynku pracy. Trwająca osiem godzin „ciurkiem” praca biurowa jest sprzeczna z naszą naturą. Człowiek potrafi pracować z wytężeniem dwie godziny, ale potem potrzebuje naturalnej przerwy. W cykl naszego funkcjonowania wpisane są także drzemki w ciągu dnia. Podtrzymanie tego obyczaju nie jest przejawem luksusu, lecz jednym z warunków dobrego zdrowia.

Dlatego, jeżeli w ciągu długiego dnia pracy ogarnia nas nagle zmęczenie i zaczynają nam się kleić oczy, mimo że w nocy zażyliśmy odpowiedniej porcji snu, nie jest to przejaw gnuśności, który trzeba koniecznie przezwyciężyć kolejną porcją kawy czy innej formy pobudzenia. Jest to normalny odruch organizmu, który potrzebuje chwili na naturalną regenerację. Jeżeli mu jej nie zapewnimy, szkodzimy sobie, szkodzimy swojemu zdrowiu. Dlatego nie należy się powściągać i senności gwałtem przezwyciężać, lecz, w pracy czy poza nią, znaleźć sobie jakieś wygodne miejsce, by tam wpaść w objęcia Morfeusza. Chwalebne to dla pracodawcy, jeśli takiej praktyki nie tylko nie piętnuje, ale ją nadto swym pracownikom odpowiednim wyposażeniem biura ułatwia. Jeśli ktoś takiego pracodawcy nie ma, skazany jest na swego rodzaju partyzantkę – trzeba się więc chować za komputerem, podpierać głowę łokciem i udawać, że się uważnie studiuje jakiś dokument, wymykać do jakiegoś zakamarka, wszystko po to, żeby ukradkiem urwać kilka minut snu.

Pamiętajmy, nie ma tu miejsca na heroizm! Sądzi zapewne niejeden, że jest oznaką wielkiego i może nawet stoickiego hartu ducha, żeby dzielnie przezwyciężać zmęczenie i zmuszać swe ciało do wielogodzinnego wysiłku. Jest jednak granica między trenowaniem ducha a eksploatowaniem ciała, a ten, kto ją przekracza, daje wyraz nie heroizmu, lecz barbarzyństwa. Sądząc bowiem, że troszczy się o coś ważnego, niszczy warunek wszelkiej troski. Przecież to nasze ciało jest jedynym narzędziem wykonywania postulatów wszelkiej troski!