Do stoicyzmu poprowadziła mnie poezja. Rozmowa z Markiem Krajewskim

Poezja Zbigniewa Herberta była pierwszym drogowskazem, który skierował mnie ku filozofii stoickiej. Ten znakomity poeta proponował w swoich wierszach przyjęcie niezwykłej obronnej postawy wobec świata – pełnej męstwa, spokoju i lekkiej ironii. To była etyczna, ale i estetyczna fascynacja, mówi o początkach swojego zainteresowania stoicyzmem Marek Krajewski, autor powieści kryminalnych, w tym bestsellerowej serii o detektywie Eberhardzie Mocku, z wykształcenia filolog klasyczny, z zamiłowania stoik.

Michał Wiśniewski: W jednym z wywiadów powiedziałeś, że chciałbyś napisać książkę rozgrywającą się w środowisku akademickim. Nadal masz taki zamiar?

Marek Krajewski: Chciałbym napisać jeszcze osiem powieści kryminalnych – do sześćdziesiątego roku życia, czyli do roku 2026. Jeśli zachowam dotychczasową częstotliwość wydawania – jedna książka rocznie – to za dziewięć lat na rynku księgarskim będzie dwadzieścia pięć moich powieści. To pozwoli mi zwolnić tempo i pisać jedną książkę na dwa-trzy lata. Oczywiście, jestem przygotowany na to, że moje plany się nie spełnią.  Jeśliby się jednak udało, to napisałbym po 2026 roku przynajmniej dwie powieści. Jedną osadzoną w realiach starożytnego Rzymu, batalistyczną powieść o legionach rzymskich, walkach Marka Aureliusza na północnych krańcach imperium. Ponieważ jednak źródła historyczne na temat batalii, prowadzonych przez cesarza-filozofa, mówią niewiele, zwrócę być może uwagę na inne wojny – na przykład na zmagania z Partami, które Rzymianie prowadzili przez cztery wieki. W tej przyszłej powieści batalistycznej nie zabraknie wątku kryminalnego, jednakże będzie on ukryty, dyskretny. Druga z nich to byłaby powieść uniwersytecka, czyli gatunek uprawiany w krajach anglosaskich, w Polsce niezbyt popularny. Chciałbym wejść w ten nurt i ożywić literacko czasy mojej „młodości dojrzałej”, lata 90., kiedy byłem asystentem i adiunktem na Uniwersytecie Wrocławskim.

MW: Wracając do projektu powieści o starożytnym Rzymie, czy któryś z jej bohaterów będzie stoikiem?

MK: Na samym początku mojej stoickiej drogi myślałem o tym, żeby zestawić, skonfrontować Rzymianina – stoika z okrucieństwem Germanów. Pokazać, jak on cierpi i jak to cierpienie stara się wytłumić, a przynajmniej nie pozwolić, by uczyniło z niego „jęczącą duszyczkę”. Teraz czytam książki Jamesa Stockdale’a „Thoughts of a Philosophical Fighter Pilot” i Nancy Sherman „Stoic Warriors” i coraz bardziej utwierdzam się w tym, że zestawienie: rzymskiego żołnierza – bardzo podoba mi się metaforyka żołnierska obecna w pismach stoików – z bezmyślnym, straszliwym okrucieństwem ludów germańskich może być bardzo interesujące dla moich czytelników.

MW: Wracając do czasów współczesnych, proszę, powiedz nam, nad czym obecnie pracujesz. Czy doczekamy się kolejnej książki o być może jeszcze młodszym Eberhardzie Mocku?

MK: Tak, pracuję nad powieścią o młodym Mocku, 23-letnim. Będzie ona odpowiedzią na pytanie – dlaczego Mock został policjantem, dlaczego zstąpił z kulturalnego parnasu, dlaczego człowiek, który obcował z literaturą najwyższej próby: Wergiliuszem, Homerem, Platonem, czytał ich w oryginale, wszedł do policyjnego bagna. Akcja tej powieści będzie rozgrywać się w roku 1906 we Wrocławiu, a bardzo ważną rolę w niej będą odgrywały pojedynki. Tyle mogę zdradzić.

Tomasz Mazur: Mam podejrzenie, że znam odpowiedź na to pytanie o Mocka. W najnowszej Twojej powieści „Mock. Ludzkie zoo” główny bohater doświadcza rozdarcia wewnętrznego. Chodzi o pewien konflikt wartości, który poświadcza następujący cytat z tejże książki: „Przeklinał ze złością swój egoizm skłaniający go do zerwania z tą dobrą, kochającą go młodą kobietą, by oddać się całkowicie unicestwieniu zwyrodnialców i naprawianiu świata, który – mimo tych prób korekty – wciąż do końca istnienia będzie zły i miotany najgorszymi zwierzęcymi instynktami swoich mieszkańców”. Gdy czytałem ten fragment, pomyślałem, że jest to stoicka motywacja bohatera, który postanowił stać się człowiekiem czynu, a nie tylko intelektu, i zmienić świat.

MK: Tak, to dobre rozpoznanie. Motywy stoickie pojawiają się w ostatnich moich książkach, co związane jest z moimi zainteresowaniami, które rozwinęły się bardzo intensywnie w ciągu ostatnich trzech lat. Problem polega na tym, że piszę o młodym Mocku…

TM: To jest właśnie ten paradoks, że Ty z wiekiem nabierasz stoickich przekonań, podczas gdy Twój bohater je utracił…

MK: Tak, to jest pewien kłopot… Po dłuższym namyśle uznałem, że nie należy się nim przejmować. Postanowiłem to, o czym myślę, czym żyję, co jest sensem, treścią moich dni, przedstawić w powieściach. Gdyby ktoś chciał spojrzeć na moją twórczość pod kątem filozofii stoickiej, to znalazłby już we wcześniejszych powieściach kilka charakterystycznych wątków. Choć szczerze muszę wyznać, że jako student filologii klasycznej nie interesowałem się stoicyzmem. Bardziej mnie interesował Arystoteles i jego następca – św. Tomasz z Akwinu. W późniejszych latach skupiłem się głównie na gramatyce i ona to wyparła wszystkie moje zainteresowania pozajęzykowe. Już jako pracownik naukowy odpytywałem studentów z lektury „Listów do Lucyliusza” Seneki. Muszę tu wspomnieć o smutnym paradoksie. Nie zwracałem wówczas uwagi na głęboką ideę w nich zawartą, tylko traktowałem je jako zwykły tekst, który mi służył jako punkt wyjścia do  odpytywania studentów z gramatyki łacińskiej.

TM: Na Twoje usprawiedliwienie podkreślmy, że Seneka był tak wybitnym pisarzem, że nie trudno dać się uwieść jego językowi, formie i nie dostrzec treści filozoficznej.

MK: Dziękuję za to usprawiedliwienie. Natomiast sygnały, że jest to filozofia, która odpowiada moim duchowym potrzebom, pojawiły się jeszcze przed maturą, kiedy to po raz pierwszy przeczytałem wiersze Zbigniewa Herberta, w których są bardzo wyraźne motywy stoickie. Do stoicyzmu wprowadziła mnie więc poezja. Herbert był tym pierwszym drogowskazem, który pokazał mi kierunek, to ten znakomity poeta propagował postawę pełną męstwa, spokoju i lekkiej ironii. Teraz staram się nadrobić stracony czas. Czytam filozofów stoickich w oryginale: Marka Aureliusz i Epikteta po grecku, Senekę po łacinie. Lekturze stoickiej poświęcam codziennie 2 godziny i 14 minut.

MW: Co te lektury Ci dają?

MK: Po pierwsze czytanie tekstów starożytnych to świetna gimnastyka umysłu. Choć jestem filologiem klasycznym i zrobiłem doktorat z tej dyscypliny, to nie władam łaciną i greką czynnie – to znaczy nie mówię w tych językach. Czytam swobodnie, zwłaszcza po łacinie, po grecku nieco gorzej, choć powoli wracam do dawnej dobrej formy. Mało kto jednak z filologów klasycznych zna tak biegle oba języki, by nie natknąć się na pewne rafy. Ja wciąż natrafiam na fragmenty trudne, zawierające pułapki składniowe i semantyczne. Są to problemy, które trzeba rozwiązać, żeby dobrze zrozumieć tekst. Rozgryzam je z przyjemnością i uporem. Mocowanie się z materią słowa jest jak rozwiązywanie równań matematycznych, co zresztą uwielbiałem robić w czasach licealnych. Z tym, że matematyka jest czysta, krystaliczna, nieludzka, a w tekstach antycznych słychać głos człowieka, który mówi o swoich namiętnościach, problemach, pokonywaniu codziennych trudności. Zatem po pierwsze poznaję niepokoje egzystencjalne człowieka sprzed dwóch tysięcy lat – bardzo nam bliskie – a po drugie ćwiczę umysł, który musi być nieustannie na wysokich obrotach, ponieważ raz do roku muszę napisać jedną książkę. A to nie jest łatwe – napisać co roku kryminał, żeby się nie powtarzać, nie powielać pomysłów swoich i cudzych, wymyślać w miarę oryginalną fabułę. To można zrobić tylko, jak się ma czysty umysł. Z tego też powodu nie piję alkoholu, nie palę papierosów, a kawę i herbatę dozuję sobie w rozsądnych dawkach. Chcę mieć umysł zawsze czysty i chłonny.

TM: Gdybyś opisał swoje praktyki stoickie, to byłaby bardzo interesująca książka, wciągająca niczym kryminał…

MK: Tak, mój dzień dzieli się na całostki: 3 godziny i 30 minut pracuję, a 2 godziny i 14 minut poświęcam stoicyzmowi.

TM: A skąd ten podział?

MK: Po przeczytaniu pewnej popularnonaukowej książki z zakresu matematyki, zrozumiałem, że natura przedstawia nam rozmaite zależności, które są na pierwszy rzut oka niewidoczne. Jedną z nich jest złota proporcja, którą odkryłem, przygotowując się do napisania jednej z moich powieści. Jest to zjawisko z zakresu historii sztuki, matematyki i psychologii i wielu innych dziedzin – studiują je choćby analitycy rynków finansowych. Kiedy o tym przeczytałem, uznałem, że takie swoiste życie zgodne ze złotą proporcją, czyli zgodne z naturą jest kuszące. I co zrobiłem? Poddałem dwadzieścia cztery godziny doby działaniu złotej proporcji i wyszły mi różne wielkości liczbowe. Tym wielkościom arbitralnie przypisałem moje aktywności – odpoczynek, pracę, studia stoickie et cetera. Stąd te liczby 3:30, 2:14. 

TM: Czy to nie jest zatem tak, że przez to, że stoicyzm jest tak obecny w Twoim codziennym życiu i ten czas, jaki poświęcasz na stoickie lektury przeplata się z czasem pracy, to potem, jak wracasz do pisania, to te myśli stoickie narzucają się same? Chociażby w ostatniej Twojej powieści są fragmenty jakby żywcem wyjęte z jakiegoś stoickiego tekstu, jak chociażby ten, w którym Mock rozważa zerwanie z Marią i dochodzi do wniosku: „Życie nie jest kwestią przyjemności (…) Życie jest kwestią decyzji i siły, by tej decyzji pozostać wiernym”. To brzmi jak Epiktet.

MK: Tak jest, moje lektury codzienne zawsze oddziaływały na moje powieści. W powieści „Koniec świata w Breslau” napisałem w scenie przesłuchania: „Gardło tego człowieka była pełne lepkiej ugody”. To akurat fragment z Herberta. Te intertekstualne nawiązania zostały dobrze przyjęte przez krytyków, co mnie ośmieliło do stosowania tego typu zabiegów. Mam nadzieję, że udaje mi się zachować umiar i nie napycham moich powieści cytatami. 

MW: Zatrzymajmy się w takim razie jeszcze na chwilę przy cytatach. Mottem powieści „Mock. Ludzkiego zoo” uczyniłeś fragment z „Jądra ciemności” Josepha Conrada: „Pojąłem, że w jaskrawym słońcu tego kraju przyjdzie mi zapoznać się z (…) diabłem pazernego i bezlitosnego szaleństwa”.  A czy gdybyś miał uczynić mottem tej książki czy też całej serii o Eberhardzie Mocku jakiś cytat ze starożytnych stoików, co by to mogło być?

MK: Mogłoby być takich cytatów dużo. Takim najbardziej znamiennym, który bardzo lubię, jest cytat z Marka Aureliusz: „Wiatr wiejący od boga znieść w milczącym znoju”. To zdanie traktuję bardzo osobiście, bo i pojawiło się w pewnym krytycznym momencie mojego życia.

TM: Mam wrażenie, że z Twoich książek przebija manicheizm przejawiający się w tym, że zło ma w nich zawsze zwyrodniałą postać. Jest więc racjonalny bohater, który też sam nie jest bez skazy, być może to zło go w jakiś sposób naznacza, w konfrontacji z szaleństwem, zwyrodnieniem…

MK: Stworzyłem to zło tak okropne, wynaturzone, straszliwe, dlatego że takie są wymogi gatunku, który uprawiam. Współczesny kryminał jest gatunkiem, w którym musi istnieć spektakularny teatr śmierci. To nie może być zabójstwo dnia codziennego. Ono nie jest ciekawe dla czytelnika. Chociaż są oczywiście wspaniali pisarze, którzy potrafiliby nadać temu interesujące rysy. Gdy zdecydowałem się, że będę pisać kryminały, zrozumiałem, że muszę sprostać współczesnej powieści kryminalnej i tworzyć to theatrum mortis, ten teatr śmierci. To jest odpowiedź na pytanie, dlaczego zbrodnie w moich książkach są takie wynaturzone. Potem musiałem już być konsekwentny – muszę to robić, bo do tego przyzwyczaiłem moich czytelników.

TM: Takie opisy zbrodni, wynaturzeń ludzkich po raz pierwszy w tak spektakularny sposób występują w niezwykle krwawych tragediach Seneki. On jednak zawsze pokazuje, że zbrodnie te są konsekwencją choroby namiętności.

MK: U Seneki jest ta stoicka myśl, że makabra, destrukcja świata, chaos są konsekwencją zaburzenia psychologicznego, które może się zacząć od drobiazgu. U mnie tego nie ma. Zniszczenie zła w moich powieściach to triumf rozumu, racjonalności, zwycięstwo nad chaosem, makabrą. To jest apoteoza ludzkiej racjonalności.

TM: Twoje kryminały pełnią więc funkcję konsolacyjną?

MK: Nie tylko moje. Filozof Marcin Król – nawiasem mówiąc, nie ceni on wysoko mojej twórczości – w 2004 roku, w „Tygodniu Powszechnym” napisał artykuł o konsolacji, jaka płynie z czytania kryminałów. Według tezy tam przedstawionej jest tak, że na początku każdego kryminału świat zostaje pogrążony w chaosie, w destrukcji, która wyraża się w morderstwie, a na końcu powraca on w utarte koleiny. Czytelnik zaś zamyka książkę z poczuciem ulgi, że bestia została na jej końcu poskromiona. Ta teza stała się moją wskazówką.

TM: To odwrotnie niż u Seneki, u którego rozum przegrywa. W każdej z jego tragedii jest postać stoicka, która na początku próbuje racjonalizować, ale zawsze przegrywa z namiętnością. Finał jest krwawy i dochodzi do triumfu namiętności. Ale wracając do kryminałów, ich istotą jest to, że wzbudzają one silne emocje u czytelników, wciągają. Stąd bierze się ich siła, popularność. Można więc uznać, że sama istota kryminału jest sprzeczna z istotą stoicyzmu…

MK: No tak, zastanawiałem się nawet, czy nie porzucić tego gatunku, dlatego że miałem wrażenie, że żyję z opisywania zła, że jest ono w moich powieściach atrakcyjne, estetycznie pociągające. Tego się obawiałem. Nie jest to jednak argument na tyle silny, abym się wycofał z mojej pisarskiej drogi.

MW: Tak jak dla Twoich czytelników może być pociągające więc to zło, czy Ciebie nie pociąga perspektywa napisania powieści, która byłaby z kolei zapisem codzienności? Zupełnie czymś innym więc niż kryminał…

MK: Takie pisanie mnie nie pociąga. Pisanie kryminałów to mój zawód i do sześćdziesiątki będę to robił, jak najlepiej potrafię.

MW: Wracając więc do ostatniej Twojej książki kryminalnej, wraz z przeniesieniem akcji do Afryki zmienia się nieco charakter samej powieści, z kryminału przechodzi bardziej w powieść awanturniczą, przygodową. Czy może więc pociąga Cię ten rodzaj literatury? Nie myślałeś o napisaniu takiej właśnie książki?

MK: Pociąga. Zaczęło się od moich dziecięcych fascynacji. Jako młody człowiek czytałem powieści o wyprawach do Afryki, o odkrywaniu źródeł Nilu, o poznawaniu tego wilgotnego zielonego brzucha Afryki. Jestem jednak przekonany, że autor literatury popularnej nie powinien ulegać nadmiernie swoim ciągotom. Są pisarze, którzy piszą o swoich fascynacjach, dobrze się przy tym bawiąc, a czytelnika stawiają na dalszym planie, jest im, w gruncie rzeczy obojętne, czy on również będzie się dobrze bawił – później przy lekturze. Dlatego nigdy wcześniej o Afryce nie pisałem, ponieważ wiedziałem, że byłoby to zbytnie folgowanie własnym literackim pragnieniom. Powieściowa wyprawa do Afryki była więc w pewnym tylko stopniu realizacją dziecięcych marzeń, a o tym, że zachowałem umiar, niech świadczy to, że tylko jedna piąta książki jest poświęcona przygodom Eberharda na Czarnym Lądzie. Literatura awanturnicza mnie pociąga, zawsze chcę jednak zachować proporcje i – po napisaniu „Ludzkiego zoo” – wątki awanturnicze długo się u mnie już nie pojawią.

MW: Jednego możemy być zatem pewni, że kolejna Twoja powieść na pewno będzie kryminałem, w którym znowu spotkamy się z Eberhardem Mockiem. Już nie możemy się zatem doczekać. Dziękujemy za rozmowę.

Komentarze

Autor:

Michał Wiśniewski