Czy stoik jest alpinistą wśród filozofów?

W niedawnej Polityce (3/2018), polski filozof, Jan Hartman porównuje alpinistę do stoickiego mędrca, pisząc:

Są jak stoiccy mędrcy, dzięki którym boski porządek świata przenika chaos ludzkiej egzystencji. Być może absurd wspinaczki, tego drapania się, gdzie nie swędzi, tego szukania guza, igrania ze śmiercią, jest jakąś paradoksalną ceną, jaką ludzie o szczególnie mocnej psychice płacą, aby osiągnąć coś, co jest tego absurdu przeciwieństwem – autarkię, opanowanie i wewnętrzną harmonię.
Jan Hartman. K2 i szczyt człowieczeństwa. „Polityka”, 3/2018.

Ale czy to jest dobre porównanie? Z jednej strony zdaje się, że autor trafnie wskazuje na pewien nadnormalny charakter ideału stoickiego spełnienia. Mędrzec stoicki jest zjawiskiem tak unikalnym, osiągnięciem tak niebywałym, jak zdobycie najtrudniejszego szczytu. Wielu próbuje ten ideał osiągnąć, ale tylko nielicznym, jeśli w ogóle, udaje się to.

Poza tym wydaje się, że sporo jednak w tej metaforze szwankuje. Po pierwsze, według stoików ludzka egzystencja nie jest pogrążona w chaosie, który trzeba przezwyciężać na drodze ekstremalnego wysiłku, na pograniczu ryzyka utraty życia. U podstaw wszystkiego pulsuje według stoików harmonia, jest ona także obecna w naszym życiu – tracimy z nią kontakt właśnie na skutek nierealistycznych ambicji, pragnień, potrzeb, przywiązania do tego, co przelotne. Ćwiczenia stoickie mają na celu odzyskanie kontaktu z tą harmonią. Ale ona cały czas tam jest, objawia się w przestrzeni ludzkiej refleksyjności.

Drugim powodem nietrafności metafory zaproponowanej przez Hartmana jest sposób działania stoika. Istotą stoicyzmu jest systematyczny trening woli na drodze codziennych zsyłanych nam przez los wyzwań. Stoik nie porywa się na nic nadzwyczajnego, w jego wyborach nie ma skrajności – poszukuje skupienia, żeby dokonywać spokojnych zrównoważonych wyborów w konfrontacji z wyzwaniami zwykłej ludzkiej egzystencji. Żeby osiągnąć wewnętrzną równowagę, wystarczy ugotować zupę i przewinąć niemowlę, ale trzeba zrobić to w zgodzie ze sobą i akceptacją wszystkiego, co może się zdarzyć. Właśnie paradygmat zwyczajności wyznacza model działania stoickiego: amor fati.

Wspinaczka na najwyższe ze szczytów jest ekstremalnym wyzwaniem rzuconym ludzkiej kondycji. Według niektórych krytyków jest to wyraz ludzkiej arogancji i pychy. Antyczny stoicyzm rzuca wyzwanie emocjom. Mylne porównanie tej postawy do alpinizmu jest konsekwencją postromantycznego paradygmatu człowieczeństwa, zgodnie z którym emocje są istotą człowieczeństwa, a ich wyzbycie się oznacza przekroczenie ludzkiej kondycji. Ale to jedynie współczesny stereotyp – w antyku inaczej postrzegano człowieka.

Stoik nie przezwycięża emocji, gwałcąc w ten sposób swoją naturę – on wyzbywa się przykrej dolegliwości, czegoś w rodzaju grypy, odzyskując wewnętrzną harmonię, która też jest pewnego rodzaju stanem afektywnym, ale bliższym nastrojowi, a nie emocjom. Nie wspina się na szczyty, lecz żyje na nizinie.

Komentarze

Autor:

Tomasz Mazur
Tomasz Mazur