Pluskwy, wino i eksperyment Chryzypa, czyli relacja ze Stoiconu 2019

Ok. 300 roku przed naszą erą zamożny kupiec Zenon, pochodzący z Kition, wyrusza w drogę, która – jak wydawało się – miała zadecydować o jego przyszłości zawodowej. Na cel swej podróży wybiera Ateny, prężnie rozwijające się greckie państwo-miasto (polis).

Continue reading “Pluskwy, wino i eksperyment Chryzypa, czyli relacja ze Stoiconu 2019”

Waszyngton – stoicyzm ukryty na kartach amerykańskiej historii

Jest sobotni, po dwakroć zimny, poranek w Waszyngtonie. Po pierwsze temperatura ledwie przekracza dwa stopnie Celsjusza. Po drugie od wczoraj na ekranach kin można podziwiać Cold War Pawła Pawlikowskiego.

Continue reading “Waszyngton – stoicyzm ukryty na kartach amerykańskiej historii”

O życiu w zgodzie z Naturą w Joburg

Pierwsze słowo, które słyszę po wylądowaniu w Johannesburgu to: Howzit’, Howzit?! How izt!? –to słowo jest wszędzie. To uproszczone wersja How is it? Czyli po polsku: jak leci? Afrykańczycy częstują mnie nim na każdym kroku. Są uśmiechnięci, otwarci, zadowoleni, trochę jak Amerykanie. Nam Europejczykom wydają się jak nakręceni, z tą swoją uprzejmością i dopytywaniem, co tam u nas słychać. Na początku ciężko się do tego dopasować, ale po kilku dniach wpada się w ten nawyk i zaczyna się to akceptować, a nawet samemu stosować. Ciekawe doświadczenie. Jestem tutaj od kilku dni, ale już widzę, że to wyjątkowy kraj. To jeden z „tych” krajów, w którym czujesz, że wszystko ci odpowiada, a myśl o tym, że moglibyśmy tu trochę pomieszkać, wydaje się bardzo kusząca.

Continue reading “O życiu w zgodzie z Naturą w Joburg”

Skromność o smaku Ćennaj

Nahargarh Fort, Chennai (India)

Po przeszło 13-godzinnym locie, z przesiadką we Frankfurcie, ląduję na międzynarodowym lotnisku w Ćennaj (dawniej Madras) w południowo-wschodnich Indiach. Pierwsze co uderza po wyjściu z lotniska to bieda…. wszechobecna, wychodząca z każdego zakamarka, przemożna bieda. To miejsce uzmysławia mi w niezwykle obrazowy sposób, czym są głębokie nierówności społeczne. Z jednej strony nowe, wielopoziomowe centra handlowe wypełnione międzynarodowymi markami, w nich typowi przedstawiciele klasy średniej, realizujący swoje, wykreowane przez współczesną kulturę, zakupowe potrzeby. A kiedy tylko opuszczam chroniony parking lotniska i włączam się w ruch uliczny, jestem w stanie ujrzeć inne oblicze miasta. Jego postarzałą, brudną i wykrzywioną od bólu twarz. Krowy snujące się po rozpadających się chodnikach, podróżni, którzy wyglądają jakby oczekiwali na spóźniony o kilka godzin autobus, zupełnie zrezygnowani i pogodzeni z rzeczywistością, uliczni sprzedawcy bananów, bezdomni śpiący gdzie popadnie: na krawężnikach, pod płotami, na progach domów. Tylko dzieci są takie same, zresztą one zawsze i wszędzie są takie same: roześmiane, zaciekawione moją obecnością, wahające się. czy podejść do mnie, czy lepiej obserwować z odległości.

Jest niedzielny poranek, jadę do hotelu i po zakwaterowaniu próbuję odpocząć po podróży, ale natychmiast ogarnia mnie senność. Wiem, że jeżeli teraz zasnę, jet lag będzie prześladował mnie przez kilka dni. Przebieram się zatem, zamawiam kierowcę i wyjeżdżam z hotelu, aby zwiedzić pobliski ogród botaniczny i hinduską świątynię.

Obecnie 10-milionowe Ćennaj zostało założone w XVII wieku przez słynną Brytyjską Kompanię Wschodnioindyjską. W 2000 roku zmieniono nazwę miasta z Madras, w języku hindi, na Ćennaj (ang. Chennai). Miasto szczyci się przydomkiem „indyjskiego Detroit”, ponieważ zlokalizowano tu dużą część tamtejszego przemysłu motoryzacyjnego. I mimo że okres brytyjskiego panowania jest wciąż widoczny na każdym kroku, a praktycznie wszyscy mówią płynnie po angielsku, nie mogę uciec przed dojmującym uczuciem, że jestem tutaj zupełnie obcy, jakby niekompatybilny z rzeczywistością. Czy to odmienna kultura, coś, co być może w gruncie rzeczy jest indyjską gościnnością, sprawia, że czuję się wśród Hindusów w sposób wyjątkowy? A może mój kolor skóry sprawia, że to moi gospodarze, traktują mnie w ten właśnie sposób? Jakby przetwarzali jakieś wielosetletnie skrypty niższego statusu społecznego. Każdy przecież rozpoczyna ze mną rozmowę od słowa „sir”, mam własnego kierowcę, a lokalne hotele klasy biznes wyglądają, jak nie przymierzając, XIX-wieczne klub dżentelmenów, rozłożone na kilku hektarach posiadłości z ogromnymi pokojami oraz ubraną na biało „służbą”.

Biuro mojej firmy zlokalizowane jest za rogatkami miasta, a mimo wszystko w czasie lunchu nie korzystamy z firmowej kantyny, tylko jedziemy do najbliższego zachodniego hotelu, bo przecież „biali goście” nie będą jeść wegetariańskich potraw palcami (większość osób nie używa tutaj sztućców). Nasze podniebienia zadowoli wszak tylko europejski lub amerykański szef kuchni. Całe przedsięwzięcie wraz z drogą tam i z powrotem, zamiast zwyczajowych 30 minut, zajmuje nam codziennie ponad 2 godziny. Po kilku dniach próbuję oponować, ale kończy się to w ten sposób, że moi lokalni opiekunowie wyglądają na urażonych, kiedy staram się ich namówić, abyśmy wybrali się do firmowej stołówki.

Same rozmowy z Hindusami to ciekawe doświadczenie na poziomy języka ciała. Każde spotkanie zaczynamy od napicia się słynnej masala chai, lokalnej herbaty wymieszanej z silnie korzennymi przyprawami i mlekiem. Ja mam to pić zamiast kawy?! Halo! Pomocy! Królestwo za podwójne espresso do kolacji! Ale i do masala chai po kilku dniach się przyzwyczajam. Podobnie jak do niezwykłej mowy ciała. Każdy z Hindusów obserwuje mnie bardzo uważanie w trakcie rozmowy, w tym czasie jego głowa porusza się płynnie, acz w niewielkim stopniu, w lewo i w prawo, jak wahadło zegara. I mimo że w zachodniej strefie kulturowej, ten ruch oznaczałby raczej „nie”, „nie zgadzam się z tobą”, tutaj świadczy o tym, że rozmówca słucha uważnie, co masz do powiedzenia. Ależ siła tkwi w tym podświadomym nawyku! Już po kilku dniach orientuję się, że sam „macham” głową, rozmawiając przy kolacji z kolegami z firmy.

Cały ten przepych. Ten klimatyzowany hotel z rzeźbionym mahoniowym łóżkiem na środku pokoju. Każdy dzień kwitowany kolacją w drogiej restauracji. Ten specyficzny sposób percepcji rzeczywistości z punktu widzenia Europejczyka odwiedzającego „kolonie”. To wszystko sprawia, że już tylko kilka kroków dzieli mnie od wejścia w rolę znudzonego expata, który wszystkich „tubylców” traktuje z wyższością. Kiedy tylko zauważam w sobie pociąg do takiej postawy, mówię dość! Wiem przecież, że siła stoika w dużej mierze bierze się ze skromności, wręcz lekceważącego stosunku do rzeczy zewnętrznych. W trakcie wieczornej lektury kartkuję „Rozmyślania”, aby odnaleźć jeden z ważniejszych dla mnie cytatów. Jest, Księga VI, fragment 30:

Uważaj, abyś się nie scezarzył, abyś się nie zaraził. Zdarza się to bowiem. Utrzymaj się skromnym, dobrym, szczerym, poważnym, naturalnym, w umiłowaniu sprawiedliwości, bogobojności, bądź życzliwy, miły, wytrwały w pełnieniu obowiązków. Staraj się usilnie o to, abyś takim pozostał, jakim cię pragnęła zrobić filozofia.

Marek Aureliusz. Rozmyślania 6.30

„Zdarza się to bowiem”. Marek znowu trafia w sedno. Jak łatwo się to zdarzyć nam może? Historia pokazała, że Marek Aureliusz nie scezarzył się. Został zapamiętany przez współczesnych takim, jakim sam siebie napominał, w swoim duchowym dzienniku. Słynna jest wręcz anegdota, kiedy cesarz wystawia na licytacje kosztowności i zbiory sztuki ze swojego pałacu, aby sfinansować kampanię wojenną w 169 roku i oddalić widmo barbarzyńców na północnych rubieżach Cesarstwa. Skoro więc Aureliuszowi udało się zachować skromną stoicką postawę, będąc najpotężniejszą osobą w ówczesnym świecie, mi też się może uda. Mimo że “cesarzem” w tym kraju będę jeszcze najwyżej przez kolejne 10 dni.

Świat się zmienia w Moskwie

„Bo świat się zmienia, a świat się zmienia.

Czy tego chcesz, czy nie – świat zmieni się (…)”

 Fisz Emade Tworzywo – „Wróć”

 

Jak głosi stare wagabundzkie przysłowie, ludzie dzielą się na tych, którzy w trakcie podróży czytają prawidłowo, czyli zabierają ze sobą książki o kraju, do którego prowadzi ich destynacja, oraz heretyków, którzy na pokład 18-godzinnego lotu do Japonii biorą ze sobą Cortázara albo Llosę. Coś w tym jest, ja chyba zaliczam się do tej pierwszej grupy, bo w trakcie lotu do Moskwy nadrabiam zaległości i oglądam „Lewiatana” Andrieja Zwiagincewa.  

Ląduje w Moskwie na lotnisku Szeremietowo w dzień po piątej rocznicy katastrofy smoleńskiej. Na miejscu obchodzona jest właśnie Wielkanoc. Byłem tutaj ostatnio 4 lata temu.  Nie ukrywam, że towarzyszy mi uczucie wyczekiwana i niepokoju. Tyle negatywnych informacji od czasu rozpoczęcia konfliktu na Ukrainie.  Pierwsze zaskoczenie: miasto wygląda bardzo czysto i schludnie. Ludzie jacyś jakby inni, uśmiechnięci i wyluzowani, spacerują ulicami i ustawiają się w długie kolejki do stoisk sprzedających lody. Zostawiam bagaż w hotelu i ruszam na miasto. Pierwsze pozytywne wrażanie burzy spacer po moście prowadzącym na Plac Czerwony, obecnie przemianowanym na most „Niemcowa”. To tutaj kilka tygodni przed moim przylotem w niewyjaśnionych okolicznościach został zastrzelony jeden z przywódców antyrządowej opozycji. Na odcinku kilkunastu metrów leży dywan ułożony z kwiatów, palą się znicze, stoją portrety Niemcowa. Natomiast włączenie rosyjskiej telewizji informacyjnej Rossija24 rozwiewa wszelkie wątpliwości: bardzo osobliwe relacje z Donbasu, przypomnienie rocznicy „powrotu Krymu do macierzy”, wyostrzona propaganda antyunijna i antypolska. Ale największe rozczarowanie przynosi nieuchronna konfrontacja z samymi moskwianami. Wysłuchuję insynuacji, przesyconych głębokim żalem, odnośnie obecnej sytuacji geopolitycznej, narzekań na politykę prowadzoną przez mój kraj, opisów amerykańskich spisków przeciwko rosyjskiemu Bogu ducha winnemu narodowi…

Świat się zmienia. Pamiętam moją poprzednią delegację do Moskwy. Najmocniej zapadła mi w pamięć gościnność moich rosyjskich gospodarzy, dużo pozytywnych emocji i deklaracji o braterstwie naszych narodów, poszukiwania wspólnych punktów odniesienia w kulturze i sztuce. To już chyba dawno za nami. Muszę to zaakceptować. W trakcie wieczornej medytacji natrafiam na ten fragment z Marka Aureliusza:  

Wszystko się zmienia. I ty się ciągle zmieniasz i w czymś się psujesz, i cały świat.

Marek Aureliusz 9.19. Przeł. Marian Raiter

Cóż to może oznaczać? Jednym z kluczowych zagadnień antycznego oraz wczesnochrześcijańskiego świata była metanoja, czyli przemiana. Pojęcie to miało wiele znaczeń, jego sens nawet wśród stoików był niejednoznaczny, miał często charakter nacechowany negatywnie. Na przykład Epiktet, który często napominał swych uczniów o istotności czystości ich rozumowania, mógł stwierdzić, że nie należy mieć mylnych sądów, aby nie musieć później żałować takiego sposobu myślenia (a więc nie musieć metanoein – co znaczy „żałować”). Marek Aureliusz natomiast w tym samy stylu radzi nam:

Cokolwiek robisz, zadaj sobie pytanie: w jakim stosunku pozostaje to do mnie? Czy nie będę tego żałował? Wnet umrę, a wszystko mi będzie obojętne. Czegóż więcej pragnę, jeżeli to, co robię, jest zgodne z obowiązkiem istoty rozumnej i uspołecznionej, i z bóstwem mającej prawa równe?

Marek Aureliusz 8.2. Przeł. Marian Raiter

A więc istnieją pewne rzeczy, których należy unikać, pewne przyjemności, które lepiej odstawić na bok. Dlaczego? Według Marka Aureliusza ceną jest bowiem poczucie żalu. Sam żal jest więc czymś, czego należy unikać i nie warto robić czegoś, czego później będziemy żałować.

Zabieram ze sobą tę myśl do biura. Towarzyszy mi ona przez cały tydzień spędzony w Moskwie. A więc bez żalu rozmawiam z osobami w firmie, podskórnie czując, że są do mnie negatywnie nastawieni. Bez żalu spaceruję po Moście Patriarszym, obserwując młodą parę robiącą sesję zdjęciową na tle pięknego Soboru Chrystusa Zbawiciela. I nawet staram się nie myśleć, że nie prędko być może uda mi się wrócić do Moskwy, więc na wszelki wypadek gorąco żegnam się Behemotem, ogromnym pomnikowym kocurem, pilnującym wejścia do Muzeum Bułhakowa. Kto wie, kiedy znów się spotkamy przyjacielu. 

W trakcie lotu powrotnego kończę oglądać „Lewiatana”. Główny bohater – Kola, walczy z lokalną wierchuszką o prawo do własnej ziemi, ale także o zachowanie własnej podmiotowości, a wręcz człowieczeństwa. Walka z góry skazana jest na niepowodzenie i nie pomaga sprowadzenie do miasta dawnego przyjaciela – wziętego adwokata z Moskwy. I mimo że film ma niezwykle skompilowaną narrację, reżyser podsuwa nam liczne fałszywe tropy, karmi odniesieniami biblijnymi, w tym tytułowym lewiatanem, ja myślę o cenie, jaką Kola płaci za swoją walkę i o tym, co czuje, kiedy już jest po wszystkim. Gorycz porażki? Zgorzknienie i żal? Czy warto jest walczyć, nawet wtedy, kiedy walka jest ustawiona, a my o tym wiemy? A może, jakby powiedział antyczny stoik, warto zostać przez kogoś przekonanym, wówczas dokona się metanoei  (zmieni się poglądy) i będzie można bez żalu ustąpić? Samolot podchodzi do lądowania, a ja nie znajduję w sobie rozstrzygnięcia. Jeszcze nie teraz.

Egalitarny Istambuł

Cenię sobie słowo „Istambuł”, bo w przeciwieństwie do polskiego słowa „Stambuł” nacechowane jest jakimś wschodnim pierwiastkiem. Przedrostek „Ist”, który powstaje, kiedy wybierzemy słowo Istambuł kojarzy się z angielskim słowem „East”, czyli wschodem i za każdym razem, kiedy je wymawiam, lub słyszę, pojawia się w mojej głowie pewne skojarzenie. Dlaczego o tym piszę? Nie jest moim celem leczenie mych wschodnio-europejskich kompleksów, bo wszakże często słyszę, że pochodzę z „Eastern Europe”. Otóż chciałbym pokazać, jak nasze skojarzenia czasem konfrontują się z zastaną rzeczywistością i jakie ciekawe wnioski możemy wyciągnąć z tej konfrontacji. Podróże, nawet te służbowe, mogą być cennym źródłem rozważań naszej pozycji w świecie, naszej zależności od kultury, w której dorastaliśmy i przede wszystkim zrozumienia koncepcji wielości, która cechuje dzisiejszy świat.

Starożytne Bizancjum, cesarski Konstantynopol, sułtański Istambuł i w końcu republikańska metropolia. Spacerując po wąskich uliczkach Karaköy, obserwuję ogromne tankowce wpływające do cieśniny Bosfor. Widać tu na każdym kroku, jak wielka historia łączy się z nowoczesnością, jak religia skupiona wokół meczetów przenika się z codziennym laickim życiem dziejącym się w portowych restauracjach i wielkich centrach handlowych. Istambuł był w przeszłości stolicą czterech imperiów: Syryjskiego, Wschodniorzymskiego, Łacińskiego i Otomańskiego. Miasto po kolei było podbijane przez różnych władców, którzy starali się, jak tylko mogli, aby je zdominować i na stałe zapisać w umysłach swoich poddanych swoje boskie lub świeckie prawo do zasiadania na tronie. Ta wielokulturowość i wieloreligijność uderza na każdym kroku. Chyba najlepszym przykładem jest centralny zabytek i symbol miasta – Hagia Sofia. Kiedyś wybudowana jako świątynia, wraz z nadejściem władzy Konstanta zamieniona został w kościół. Po podboju Konstantynopola przez wojska sułtana zmieniona na meczet, aby w końcu po reformach Ataturka zostać udostępniona mieszkańcom oraz turystom w formie muzeum.

Wielonarodowość, wielokulturowość, multireligijność. Bezliczne przenikanie się idei, filozofii, tradycji duchowych. Wiele z nich skupionych wokół centralnego pytania człowieka: jak odnaleźć szczęście? Uważam, że podobnie mógł czuć się Marek Aureliusz, formułując swoją myśl w następujący sposób:

Jako cesarz jestem pierwszy w Rzymie, jako człowiek jestem równy wszystkim ludziom na świecie.

Nasza równość w świecie w stosunku do innych ludzi nie płynie tylko i wyłącznie z boskich czy ludzkich spraw, w których deklarujemy przymierze z innymi osobnikami naszej rasy. Płynie ona też z konieczności, w którą popycha nas wolność innych do samostanowienia i tworzenia własnych filozofii życiowych i ścieżek, którymi starają się podążać. Pomijając na chwilę nieuniknione konflikty, w które ludzkość popada, korzystając z tej wolności, ta niedoskonała zasada pluralizmu i egalitaryzmu filozoficznego (ale także moralnego czy religijnego) wydaje się niezwykle ważna do tego, aby zrozumieć sposób, w jaki definiujemy się my – współcześni stoicy. Jesteśmy, jak trafnie to ujął Tomasz Mazur, aksjologicznymi egalitarystami, tzn., że nie przedkładamy innych wartości i tradycji duchowych ponad nasze, jesteśmy otwarci na dialog, dyskusje i konstruktywną krytykę ze wszystkich stron.

stoicTa lekcja pokory, która płynie z takiej postawy, procentuje także w życiu zawodowym. Stanowiska, tytuły, trzy- czy czteroliterowe przedrostki przed imieniem (CFO, CEO, CIO) mogą sprawiać, że czujemy się wyjątkowi, szczególni, wybrani do pełnienia niezwykle ważnej funkcji. To często pułapka, droga donikąd i pożywka dla naszego ego. Przede wszystkim jestem człowiekiem, równym wszystkim innym, później opowiem ci o moich stanowiskach i pełnionych funkcjach. Warto o tym pamiętać. Nic nie działa na moje ego bardziej trzeźwiąco niż Istambuł. Myślę o tym, kiedy wsiadam na prom i wracam do hotelu. Kiedy łódź rusza, na twarzy czuję powiew rześkiego powietrza. Czy tak właśnie czuć wiatr historii płynący z tego wielkiego miasta? Nie, to chyba tylko zabłąkana bryza gdzieś z ujścia Morza Czarnego…

Blog pisany później – Dziennik Podróży

 

Ogromne porty lotnicze zmieniające się w małe lotniska, to uczucie, kiedy nocą oglądam miasto po raz pierwszy z wnętrza taksówki, obrotowe drzwi otwierające się wprost na stanowiska uśmiechniętych recepcjonistek. Cicho sunące windy, zepsute czytniki kart magnetycznych, pokoje przypominające malutkie mieszkania z mikroskopijnymi barami i jednorazowymi kosmetykami, przyborami do czyszczenia butów, odzieży, a czasem i resztek świadomości…

Continue reading “Blog pisany później – Dziennik Podróży”