Troska o samego siebie w praktyce. Jak uzbroić się w 7 stoickich tarcz?

W poprzednim odcinku opisałem sokratejsko-stoicką koncepcję „troski o samego siebie”, czyli epimeleia heautou (łac. cura sui). Teraz czas, aby przyjrzeć się temu, jak zastosować tę antyczną teorię w codziennej pracy w korporacji.

Continue reading “Troska o samego siebie w praktyce. Jak uzbroić się w 7 stoickich tarcz?”

Waszyngton – stoicyzm ukryty na kartach amerykańskiej historii

Jest sobotni, po dwakroć zimny, poranek w Waszyngtonie. Po pierwsze temperatura ledwie przekracza dwa stopnie Celsjusza. Po drugie od wczoraj na ekranach kin można podziwiać Cold War Pawła Pawlikowskiego.

Continue reading “Waszyngton – stoicyzm ukryty na kartach amerykańskiej historii”

Ponad poziomem chmur

Usposobienie mędrca jest takie jak stan niebios powyżej księżyca: wciąż panuje tam niezmącana pogoda.

Seneka. Listy. LIX.

Cabin Crew, please prepare for departure. To ostatnie słowa, które słyszysz zanim kapitan samolotu pchnie dźwignię ciągu i samolot zacznie nabierać prędkości na pasie startowym.

Continue reading “Ponad poziomem chmur”

Salve!

Salve stoiku lub sympatyku stoicyzmu. Mam na imię Michał, jestem współczesnym praktykującym stoikiem. Chciałbym Ci opowiedzieć o sobie. Stoicyzmem zainteresowałem się 8 lat temu. Moja historia jest zdumiewająco podobna do tej, którą podają inni współcześni polscy stoicy. W lutym 2011 roku usłyszałem Tomasza Mazura w audycji radiowej i po tym nie było już odwrotu.

Continue reading “Salve!”

O życiu w zgodzie z Naturą w Joburg

Pierwsze słowo, które słyszę po wylądowaniu w Johannesburgu to: Howzit’, Howzit?! How izt!? –to słowo jest wszędzie. To uproszczone wersja How is it? Czyli po polsku: jak leci? Afrykańczycy częstują mnie nim na każdym kroku. Są uśmiechnięci, otwarci, zadowoleni, trochę jak Amerykanie. Nam Europejczykom wydają się jak nakręceni, z tą swoją uprzejmością i dopytywaniem, co tam u nas słychać. Na początku ciężko się do tego dopasować, ale po kilku dniach wpada się w ten nawyk i zaczyna się to akceptować, a nawet samemu stosować. Ciekawe doświadczenie. Jestem tutaj od kilku dni, ale już widzę, że to wyjątkowy kraj. To jeden z „tych” krajów, w którym czujesz, że wszystko ci odpowiada, a myśl o tym, że moglibyśmy tu trochę pomieszkać, wydaje się bardzo kusząca.

Continue reading “O życiu w zgodzie z Naturą w Joburg”

Skromność o smaku Ćennaj

Nahargarh Fort, Chennai (India)

Po przeszło 13-godzinnym locie, z przesiadką we Frankfurcie, ląduję na międzynarodowym lotnisku w Ćennaj (dawniej Madras) w południowo-wschodnich Indiach. Pierwsze co uderza po wyjściu z lotniska to bieda…. wszechobecna, wychodząca z każdego zakamarka, przemożna bieda. To miejsce uzmysławia mi w niezwykle obrazowy sposób, czym są głębokie nierówności społeczne. Z jednej strony nowe, wielopoziomowe centra handlowe wypełnione międzynarodowymi markami, w nich typowi przedstawiciele klasy średniej, realizujący swoje, wykreowane przez współczesną kulturę, zakupowe potrzeby. A kiedy tylko opuszczam chroniony parking lotniska i włączam się w ruch uliczny, jestem w stanie ujrzeć inne oblicze miasta. Jego postarzałą, brudną i wykrzywioną od bólu twarz. Krowy snujące się po rozpadających się chodnikach, podróżni, którzy wyglądają jakby oczekiwali na spóźniony o kilka godzin autobus, zupełnie zrezygnowani i pogodzeni z rzeczywistością, uliczni sprzedawcy bananów, bezdomni śpiący gdzie popadnie: na krawężnikach, pod płotami, na progach domów. Tylko dzieci są takie same, zresztą one zawsze i wszędzie są takie same: roześmiane, zaciekawione moją obecnością, wahające się. czy podejść do mnie, czy lepiej obserwować z odległości.

Jest niedzielny poranek, jadę do hotelu i po zakwaterowaniu próbuję odpocząć po podróży, ale natychmiast ogarnia mnie senność. Wiem, że jeżeli teraz zasnę, jet lag będzie prześladował mnie przez kilka dni. Przebieram się zatem, zamawiam kierowcę i wyjeżdżam z hotelu, aby zwiedzić pobliski ogród botaniczny i hinduską świątynię.

Obecnie 10-milionowe Ćennaj zostało założone w XVII wieku przez słynną Brytyjską Kompanię Wschodnioindyjską. W 2000 roku zmieniono nazwę miasta z Madras, w języku hindi, na Ćennaj (ang. Chennai). Miasto szczyci się przydomkiem „indyjskiego Detroit”, ponieważ zlokalizowano tu dużą część tamtejszego przemysłu motoryzacyjnego. I mimo że okres brytyjskiego panowania jest wciąż widoczny na każdym kroku, a praktycznie wszyscy mówią płynnie po angielsku, nie mogę uciec przed dojmującym uczuciem, że jestem tutaj zupełnie obcy, jakby niekompatybilny z rzeczywistością. Czy to odmienna kultura, coś, co być może w gruncie rzeczy jest indyjską gościnnością, sprawia, że czuję się wśród Hindusów w sposób wyjątkowy? A może mój kolor skóry sprawia, że to moi gospodarze, traktują mnie w ten właśnie sposób? Jakby przetwarzali jakieś wielosetletnie skrypty niższego statusu społecznego. Każdy przecież rozpoczyna ze mną rozmowę od słowa „sir”, mam własnego kierowcę, a lokalne hotele klasy biznes wyglądają, jak nie przymierzając, XIX-wieczne klub dżentelmenów, rozłożone na kilku hektarach posiadłości z ogromnymi pokojami oraz ubraną na biało „służbą”.

Biuro mojej firmy zlokalizowane jest za rogatkami miasta, a mimo wszystko w czasie lunchu nie korzystamy z firmowej kantyny, tylko jedziemy do najbliższego zachodniego hotelu, bo przecież „biali goście” nie będą jeść wegetariańskich potraw palcami (większość osób nie używa tutaj sztućców). Nasze podniebienia zadowoli wszak tylko europejski lub amerykański szef kuchni. Całe przedsięwzięcie wraz z drogą tam i z powrotem, zamiast zwyczajowych 30 minut, zajmuje nam codziennie ponad 2 godziny. Po kilku dniach próbuję oponować, ale kończy się to w ten sposób, że moi lokalni opiekunowie wyglądają na urażonych, kiedy staram się ich namówić, abyśmy wybrali się do firmowej stołówki.

Same rozmowy z Hindusami to ciekawe doświadczenie na poziomy języka ciała. Każde spotkanie zaczynamy od napicia się słynnej masala chai, lokalnej herbaty wymieszanej z silnie korzennymi przyprawami i mlekiem. Ja mam to pić zamiast kawy?! Halo! Pomocy! Królestwo za podwójne espresso do kolacji! Ale i do masala chai po kilku dniach się przyzwyczajam. Podobnie jak do niezwykłej mowy ciała. Każdy z Hindusów obserwuje mnie bardzo uważanie w trakcie rozmowy, w tym czasie jego głowa porusza się płynnie, acz w niewielkim stopniu, w lewo i w prawo, jak wahadło zegara. I mimo że w zachodniej strefie kulturowej, ten ruch oznaczałby raczej „nie”, „nie zgadzam się z tobą”, tutaj świadczy o tym, że rozmówca słucha uważnie, co masz do powiedzenia. Ależ siła tkwi w tym podświadomym nawyku! Już po kilku dniach orientuję się, że sam „macham” głową, rozmawiając przy kolacji z kolegami z firmy.

Cały ten przepych. Ten klimatyzowany hotel z rzeźbionym mahoniowym łóżkiem na środku pokoju. Każdy dzień kwitowany kolacją w drogiej restauracji. Ten specyficzny sposób percepcji rzeczywistości z punktu widzenia Europejczyka odwiedzającego „kolonie”. To wszystko sprawia, że już tylko kilka kroków dzieli mnie od wejścia w rolę znudzonego expata, który wszystkich „tubylców” traktuje z wyższością. Kiedy tylko zauważam w sobie pociąg do takiej postawy, mówię dość! Wiem przecież, że siła stoika w dużej mierze bierze się ze skromności, wręcz lekceważącego stosunku do rzeczy zewnętrznych. W trakcie wieczornej lektury kartkuję „Rozmyślania”, aby odnaleźć jeden z ważniejszych dla mnie cytatów. Jest, Księga VI, fragment 30:

Uważaj, abyś się nie scezarzył, abyś się nie zaraził. Zdarza się to bowiem. Utrzymaj się skromnym, dobrym, szczerym, poważnym, naturalnym, w umiłowaniu sprawiedliwości, bogobojności, bądź życzliwy, miły, wytrwały w pełnieniu obowiązków. Staraj się usilnie o to, abyś takim pozostał, jakim cię pragnęła zrobić filozofia.

Marek Aureliusz. Rozmyślania 6.30

„Zdarza się to bowiem”. Marek znowu trafia w sedno. Jak łatwo się to zdarzyć nam może? Historia pokazała, że Marek Aureliusz nie scezarzył się. Został zapamiętany przez współczesnych takim, jakim sam siebie napominał, w swoim duchowym dzienniku. Słynna jest wręcz anegdota, kiedy cesarz wystawia na licytacje kosztowności i zbiory sztuki ze swojego pałacu, aby sfinansować kampanię wojenną w 169 roku i oddalić widmo barbarzyńców na północnych rubieżach Cesarstwa. Skoro więc Aureliuszowi udało się zachować skromną stoicką postawę, będąc najpotężniejszą osobą w ówczesnym świecie, mi też się może uda. Mimo że “cesarzem” w tym kraju będę jeszcze najwyżej przez kolejne 10 dni.

Kobiety i mężczyźni na skraju załamania nerwowego, czyli “Atak paniki” okiem stoika

W 2011 roku amerykański dziennikarz Dan Harris przeżył coś, co na stałe zmieniło jego sposób postrzegania rzeczywistości. W trakcie swojego wystąpienia na żywo na antenie ogólnokrajowej telewizji ABC News, widzowie mogli zobaczyć, jak dziennikarz walczy, ale nie może poradzić sobie ze stresującą sytuacją, w jakiej się znalazł. Doświadczony psycholog lub terapeuta przypatrujący się tej scenie od razu rozpoznałby w jego zachowaniu objawy typowe dla ataku paniki: drżący głos, chaotyczną gestykulacją i zamglony wzrok. Swoje doświadczenia dziennikarz opisał kilka lat później w bestsellerowej książce „10% Happier”.

Sytuację, która przytrafiła się Harrisowi (którą możecie odszukać na YouTubie), mógłby też umieścić w swoim najnowszym filmie reżyser Paweł Maślona. Jego „Atak paniki” od piątku gości na ekranach kin. Reżyser, dla którego jest to pełnometrażowy debiut, zrobił sporo zamieszania tym obrazem na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Film był niezwykle żywo komentowany, a Magdalena Popławska za swoją brawurową kreację niestabilnej emocjonalnej pisarki, zgarnęła Złote Lwy za najlepszą rolę drugoplanową.

Źródło: Dystrybutor

“Atak paniki” to pięć zazębiających się historii, w których obserwujemy ludzi pogubionych, uzależnionych, albo po prostu mających problem z asertywnością i generalnie własnymi emocjami. Film rozpoczyna się od samobójstwa chłopaka, który strzela sobie w usta, w ten sposób kończąc transmitowany na żywo podcast. Jego śmierć staje się przyczynkiem do wydarzeń, w które zostaną wciągnięci pewna aspirująca gwiazda sex kamerek, jej brat, kelner uzależniony od gier MMO oraz całe grono innych ludzi.

Reżyser umiejętnie wprowadza kolejne osoby w swojej opowieści, prowadząc je wszystkie do oczyszczającego emocjonalnie katharsis, które odbywa się w trakcie wesela dwójki bohaterów. Żywe, świetnie zagrane postaci (szczególne brawa należą się wspomnianej wcześniej Magdalenie Popławskiej i Arturowi Żmijewskiemu) to ogromny plus filmu. Niestety nie mogłem się uwolnić od wrażenia, że reżyser i scenarzystka (Aleksandra Pisula, gra także jedną z głównych ról) trochę na sile chcą pokazać, jak najwięcej skrajnych sytuacji na ekranie. Cierpi na tym fabuła, która „rozłazi się” na kilka płaszczyzn czasowych. Film mógłby być prawdziwym majstersztykiem, gdyby akcja, wzorem innych produkcji tego typu, zamknęła się w 24h, a finał połączył wszystkich bohaterów w jednym miejscu. Szczególnie wątek weselny budzi jednoznaczne skojarzenia z hiszpańską produkcją „Dzikie historie”. Trzeba natomiast przyznać, że w przeciwieństwie do hiszpańskiego filmu, sytuacje, w jakich znaleźli się polscy bohaterowie, mogą przyprawić nie tylko o rozbawienie, ale czasem i o gęsią skórkę. W jednym z wywiadów reżyser opowiada, jak po premierze filmu w Gdyni podchodziło do niego mnóstwo ludzi, którzy odnaleźli w tym filmie problemy z własną sferą emocjonalną. Czyżby film, w przerysowany sposób, ale jednak uchwycił ducha naszych czasów?

Wspomniany we wstępie Dan Harris, nie mogąc poradzić sobie ze swoimi stanami lękowymi i wewnętrznym głosem, który nieprzerwanie zmuszał go do podnoszenia sobie poprzeczki (co w efekcie doprowadziło go także do pracoholizmu), postanowił zadziałać i pomóc sobie w dość nietypowy sposób. Rozpoczął regularną praktykę medytacji, które po pewnym czasie pozwoliła mu odnaleźć równowagę, w efekcie czego wyrobił w sobie umiejętność utrzymywania dystansu do własnych emocji, świata i innych ludzi.

Myślę, że pod taką propozycją, w jaki sposób radzić sobie w wiecznie rozemocjonowanym i rozchwianym społeczeństwie, podpisałby się także współczesny stoik. I tak jak w przypadku technik Dalekiego Wschodu, my stoicy także jesteśmy wyposażeni w szereg narzędzi, które przy odpowiedniej praktyce i doświadczeniu mogą uchronić nas przed emocjonalną katastrofą. Jednym z ćwiczeń, które stoik może zastosować, kiedy poczuje, że może za chwilę utracić kontrolę, jest radykalna zmiana perspektywy. Chodzi o to, aby postawić własny umysł w sytuacji, która wytrąci go z “nakręcania się” i podziała kojąco także na układ limbiczny, który odpowiada za naszą rekcję emocjonalną. Jeżeli sytuacja, w której się znalazłem, doprowadza mnie do wściekłości i czuję, że za chwilę wybuchnę, mogę spróbować stanąć z boku i popatrzeć na siebie z innej perspektywy – np. upływającego czasu. Jak sceneria, w której jestem, będzie wyglądać za 24h? A jak za tydzień, miesiąc? Za rok? A jak za 10 lat? Czy ktoś jeszcze będzie pamiętał tę kłótnię, w której niechybnie wezmę udział? Czy to, czym się tak emocjonuję, będzie dla mnie jeszcze ważne? Czasami odpowiednio przedstawiona i zwizualizowany perspektywa może sprawić, że nasz umysł weźmie ten stan za bliski rzeczywistemu, podziała sam na siebie i uspokoi nasze reakcje emocjonalne. Jeszcze dwa – trzy głębokie oddechy i czuję, że znów odzyskuję kontrolę. Widmo wybuchu oddala się. Tak ćwiczy stoik, nie zawsze to mu się udaje, ale wie, że zawsze ma możliwość wyboru, jaka będzie jego reakcja w określonej sytuacji.

Jeżeli film Pawła Maślony jest czymś więcej niż tylko zbiorem zabawnych lub strasznych sytuacji, to wygląda na to, że nasza teraźniejszość dostarczać nam będzie nieprzerwanie nowych sposobności do ćwiczenia się.

Życzenie śmierci stoika

Ludzie umierają. Wszyscy. Ja umrę i ty także umrzesz. Wszyscy to wiedzą, nie trzeba tego powtarzać. Mimo wszystko, kiedy ktoś umiera, zwłaszcza ktoś bliski, jest to zawsze dla nas coś zaskakującego, coś, z czym nie do końca umiemy się pogodzić. Akceptujemy fakt, że się urodziliśmy i że żyjemy, ale nie chcemy się pogodzić z faktem śmiertelności.

Continue reading “Życzenie śmierci stoika”

Świat się zmienia w Moskwie

„Bo świat się zmienia, a świat się zmienia.

Czy tego chcesz, czy nie – świat zmieni się (…)”

 Fisz Emade Tworzywo – „Wróć”

 

Jak głosi stare wagabundzkie przysłowie, ludzie dzielą się na tych, którzy w trakcie podróży czytają prawidłowo, czyli zabierają ze sobą książki o kraju, do którego prowadzi ich destynacja, oraz heretyków, którzy na pokład 18-godzinnego lotu do Japonii biorą ze sobą Cortázara albo Llosę. Coś w tym jest, ja chyba zaliczam się do tej pierwszej grupy, bo w trakcie lotu do Moskwy nadrabiam zaległości i oglądam „Lewiatana” Andrieja Zwiagincewa.  

Ląduje w Moskwie na lotnisku Szeremietowo w dzień po piątej rocznicy katastrofy smoleńskiej. Na miejscu obchodzona jest właśnie Wielkanoc. Byłem tutaj ostatnio 4 lata temu.  Nie ukrywam, że towarzyszy mi uczucie wyczekiwana i niepokoju. Tyle negatywnych informacji od czasu rozpoczęcia konfliktu na Ukrainie.  Pierwsze zaskoczenie: miasto wygląda bardzo czysto i schludnie. Ludzie jacyś jakby inni, uśmiechnięci i wyluzowani, spacerują ulicami i ustawiają się w długie kolejki do stoisk sprzedających lody. Zostawiam bagaż w hotelu i ruszam na miasto. Pierwsze pozytywne wrażanie burzy spacer po moście prowadzącym na Plac Czerwony, obecnie przemianowanym na most „Niemcowa”. To tutaj kilka tygodni przed moim przylotem w niewyjaśnionych okolicznościach został zastrzelony jeden z przywódców antyrządowej opozycji. Na odcinku kilkunastu metrów leży dywan ułożony z kwiatów, palą się znicze, stoją portrety Niemcowa. Natomiast włączenie rosyjskiej telewizji informacyjnej Rossija24 rozwiewa wszelkie wątpliwości: bardzo osobliwe relacje z Donbasu, przypomnienie rocznicy „powrotu Krymu do macierzy”, wyostrzona propaganda antyunijna i antypolska. Ale największe rozczarowanie przynosi nieuchronna konfrontacja z samymi moskwianami. Wysłuchuję insynuacji, przesyconych głębokim żalem, odnośnie obecnej sytuacji geopolitycznej, narzekań na politykę prowadzoną przez mój kraj, opisów amerykańskich spisków przeciwko rosyjskiemu Bogu ducha winnemu narodowi…

Świat się zmienia. Pamiętam moją poprzednią delegację do Moskwy. Najmocniej zapadła mi w pamięć gościnność moich rosyjskich gospodarzy, dużo pozytywnych emocji i deklaracji o braterstwie naszych narodów, poszukiwania wspólnych punktów odniesienia w kulturze i sztuce. To już chyba dawno za nami. Muszę to zaakceptować. W trakcie wieczornej medytacji natrafiam na ten fragment z Marka Aureliusza:  

Wszystko się zmienia. I ty się ciągle zmieniasz i w czymś się psujesz, i cały świat.

Marek Aureliusz 9.19. Przeł. Marian Raiter

Cóż to może oznaczać? Jednym z kluczowych zagadnień antycznego oraz wczesnochrześcijańskiego świata była metanoja, czyli przemiana. Pojęcie to miało wiele znaczeń, jego sens nawet wśród stoików był niejednoznaczny, miał często charakter nacechowany negatywnie. Na przykład Epiktet, który często napominał swych uczniów o istotności czystości ich rozumowania, mógł stwierdzić, że nie należy mieć mylnych sądów, aby nie musieć później żałować takiego sposobu myślenia (a więc nie musieć metanoein – co znaczy „żałować”). Marek Aureliusz natomiast w tym samy stylu radzi nam:

Cokolwiek robisz, zadaj sobie pytanie: w jakim stosunku pozostaje to do mnie? Czy nie będę tego żałował? Wnet umrę, a wszystko mi będzie obojętne. Czegóż więcej pragnę, jeżeli to, co robię, jest zgodne z obowiązkiem istoty rozumnej i uspołecznionej, i z bóstwem mającej prawa równe?

Marek Aureliusz 8.2. Przeł. Marian Raiter

A więc istnieją pewne rzeczy, których należy unikać, pewne przyjemności, które lepiej odstawić na bok. Dlaczego? Według Marka Aureliusza ceną jest bowiem poczucie żalu. Sam żal jest więc czymś, czego należy unikać i nie warto robić czegoś, czego później będziemy żałować.

Zabieram ze sobą tę myśl do biura. Towarzyszy mi ona przez cały tydzień spędzony w Moskwie. A więc bez żalu rozmawiam z osobami w firmie, podskórnie czując, że są do mnie negatywnie nastawieni. Bez żalu spaceruję po Moście Patriarszym, obserwując młodą parę robiącą sesję zdjęciową na tle pięknego Soboru Chrystusa Zbawiciela. I nawet staram się nie myśleć, że nie prędko być może uda mi się wrócić do Moskwy, więc na wszelki wypadek gorąco żegnam się Behemotem, ogromnym pomnikowym kocurem, pilnującym wejścia do Muzeum Bułhakowa. Kto wie, kiedy znów się spotkamy przyjacielu. 

W trakcie lotu powrotnego kończę oglądać „Lewiatana”. Główny bohater – Kola, walczy z lokalną wierchuszką o prawo do własnej ziemi, ale także o zachowanie własnej podmiotowości, a wręcz człowieczeństwa. Walka z góry skazana jest na niepowodzenie i nie pomaga sprowadzenie do miasta dawnego przyjaciela – wziętego adwokata z Moskwy. I mimo że film ma niezwykle skompilowaną narrację, reżyser podsuwa nam liczne fałszywe tropy, karmi odniesieniami biblijnymi, w tym tytułowym lewiatanem, ja myślę o cenie, jaką Kola płaci za swoją walkę i o tym, co czuje, kiedy już jest po wszystkim. Gorycz porażki? Zgorzknienie i żal? Czy warto jest walczyć, nawet wtedy, kiedy walka jest ustawiona, a my o tym wiemy? A może, jakby powiedział antyczny stoik, warto zostać przez kogoś przekonanym, wówczas dokona się metanoei  (zmieni się poglądy) i będzie można bez żalu ustąpić? Samolot podchodzi do lądowania, a ja nie znajduję w sobie rozstrzygnięcia. Jeszcze nie teraz.

Do stoicyzmu poprowadziła mnie poezja. Rozmowa z Markiem Krajewskim

Poezja Zbigniewa Herberta była pierwszym drogowskazem, który skierował mnie ku filozofii stoickiej. Ten znakomity poeta proponował w swoich wierszach przyjęcie niezwykłej obronnej postawy wobec świata – pełnej męstwa, spokoju i lekkiej ironii. To była etyczna, ale i estetyczna fascynacja, mówi o początkach swojego zainteresowania stoicyzmem Marek Krajewski, autor powieści kryminalnych, w tym bestsellerowej serii o detektywie Eberhardzie Mocku, z wykształcenia filolog klasyczny, z zamiłowania stoik.

Continue reading “Do stoicyzmu poprowadziła mnie poezja. Rozmowa z Markiem Krajewskim”