Głębsze czucie stoika

Antyczni stoicy wypracowali bardzo rozbudowaną teorię emocji, która współcześnie spotyka się zazwyczaj z głębokim niezrozumieniem. W potocznych wyobrażeniach (którym niestety nierzadko wtórują fachowe opracowania) postawa stoicka postrzegana jest jako budowana w opozycji, w kontrze, do całej struktury afektywnej człowieka. Zgodnie z tym wyobrażeniem, im mniej ktoś ma uczuć i emocji, tym bardziej jest stoikiem. Tymczasem praktyka stoicka opiera się na bardzo zniuansowanej pracy nad strukturą afektywną – nie ma tu miejsca na żadne proste podziały i posunięcia.

Dla potrzeb współczesnej praktyki stoickiej niezbędna jest nowa rozbudowana terminologia do nazywania bardzo różnych stanów afektywnych człowieka. Prace nad nią można by prowadzić pod szyldem: Nowa stoicka fenomenologia uczuć. Chciałbym tu zaproponować przyczynek do tego dzieła w postaci ważnej, a może nawet kluczowej kategorii pojęciowej, mianowicie uczucia głębokie.

Określenie to stworzyłem przez analogię z czuciami głębokimi, kategorią stosowaną w kinestetyce, gdzie oznacza zmysł położenia ciała względem otoczenia. Receptory tego zmysłu zlokalizowane są w mięśniach. Czucie głębokie umożliwia nam zachowanie równowagi oraz wykonywanie ruchów adekwatnych do naszego położenia. Czucie głębokie jest więc odpowiednikiem szóstego zmysłu. Pozostałe pięć zmysłów to czucie zwykłe, które można też nazwać zewnętrznym.

Uczucie głębokie rozumiem jako stan wypływający z doświadczenia bycia w swoim ciele, świadomości procesów życiowych, faktu wszelkiego doznawania oraz działania jako takiego. Uczuciu temu towarzyszy lub może towarzyszyć głęboka satysfakcja, że nasze procesy życiowe na najbardziej podstawowym poziomie przebiegają poprawnie.

Uczucie głębokie to stan wypływający z doświadczenia bycia w swoim ciele, świadomości procesów życiowych, faktu wszelkiego doznawania oraz działania jako takiego. 

Wydaje mi się, że stoicyzm można interpretować jako próbę bardzo konsekwentnego osadzenia człowieka w uczuciu głębokim. Stoicy odkryli, że jedyne naprawdę pewne i stabilne

doświadczenie szczęścia możliwe jest właśnie na gruncie tego osadzenia. Wszelkie inne rodzaje szczęścia są niestabilne. Zazwyczaj zaburzają też doświadczenie uczucia głębokiego.

W następnym wpisie postaram się opisać to uczucie od strony bardziej praktycznej, tj. jak pracować nad jego pogłębieniem.

Kiedy stoik staje się stoikiem?

Kiedy stoik staje się stoikiem?

W kulturze współczesnej przyjęło się, że przejawem stoicyzmu jest umiejętność zapanowania nad emocjami. Jest to jednak bardzo mylące kryterium.

Chodzi nie o to, czy doświadczamy silnych emocji, ale o to, jak i dlaczego sobie z nimi radzimy. Sportowiec, który umie zapanować nad silnymi emocjami podczas gry, tylko po to, by eksplodować radością lub wściekłością zaraz po meczu, nie jest stoikiem.

Chodzi nie o to, czy doświadczamy silnych emocji, ale o to, jak i dlaczego sobie z nimi radzimy.

Wielu ludzi nauczyło się powściągać emocje doraźnie, ale wystarczy, by los dotknął w ich życiu wrażliwej struny, a eksplodują. Czasem na taką eksplozję trzeba czekać wiele lat, ale ona nadchodzi. Stoik to ktoś, kto może doświadczać silnych emocji, ale decyduje się pracować nad nimi za pomocą stoickich metod, po to by móc ich nie odczuwać i w to miejsce wykształcić, stopniową i żmudną pracą, spokojny stoicki nastrój cichej i intensywnej radości istnienia. Stoikami stajemy się, kiedy się na taką pracę szczerze decydujemy, kiedy przejawia się to w codziennej praktyce, w codziennych wyzwaniach i ćwiczeniach.

 

Pierwszy krok

Każdy ma własne demony, z którymi podejmuje się walki. Wydaje się, że pierwszym krokiem w praktykowaniu stoicyzmu jest rozpoznanie tych demonów. Czy moim demonem jest gniew? A może to stres? A może uzależnienie od używek? A może brak dyscypliny w zarządzaniu własnym czasem? A może to rozpasanie zmysłów? Jest wiele możliwości. Zanim zaczniemy praktykować, na samym wstępie warto więc zrobić sobie mapę swoich demonów, wyliczyć wszystkie swoje największe wady.

Każdy ma własne demony, z którymi podejmuje się walki.

Ale nie wystarczy od tego zacząć, trzeba także do tego wracać. To, co jest pierwsze, winno być także w środku i na końcu. Ze swoimi demonami trzeba się spotykać co dzień rano, niby na odprawie przed bitwą. Trzeba im spojrzeć w oczy i pamiętać o nich. Błędem naszym jest bowiem często, że o nich zapominamy.

Jest jednak jeszcze coś, coś bardziej pierwszego niż bliska znajomość z własnymi demonami. Jest to szczerość. Trzeba sobie raz wreszcie powiedzieć: dążę do własnej poprawy i robię to naprawdę tylko dla siebie, po to, żeby stać się lepszym człowiekiem. Trzeba to sobie naprawdę powiedzieć i uwierzyć w to. Robimy to nie dla uznania, nie dla sukcesu, nie dla powodzenia, czy przyjemności, ale po to, by stać się lepszymi i pełniejszymi ludźmi.

Jest jednak jeszcze coś, coś bardziej pierwszego niż bliska znajomość z własnymi demonami. Jest to szczerość.

Ćwiczyć więc trzeba po cichu, po cichu stawiać sobie kolejne wyzwania, przekraczać granice, gasić gniew i zawiść, lenistwo i lękliwość, małostkowość i nieżyczliwość, zmieniać się każdego dnia, małymi krokami, a jedyną prawdziwą radość czerpać ze świadomości tej zmiany.